30 kwietnia 2017

Rozdział 3

Wróciłem. Po trzydziestu latach samotnej tułaczki po świecie znów jestem w domu, z rodziną. W uścisku z Pierwszym. Co powinienem zrobić, powiedzieć? Przeprosić? Bogowie, powinienem, tak bardzo powinienem. Myśl, Leo, myśl. Co powiedzieć, co...
Uścisk słabnie. Pierwszy odsuwa się, jednak wciąż czuję ciepło jego rąk na plecach. Nie puszczaj, proszę.
Odchrząkuję, próbuję...
— Dobrze, że jesteś z powrotem, Leo. Brakowało nam cię. — Jego głos koi moje rozgorączkowane serce, niczym chłodny okład.
— Zawsze i wszędzie. — Kurt poklepuje mnie od tyłu po ramieniu.
— Odświeżcie się i przyjdźcie do nas, bracia. Kolacja już gotowa. — Pierwszy oddala się lekkim krokiem w stronę salonu.
Z otwartymi ustami obserwuję, jak znika za podwójnymi drzwiami rzeźbionymi na podobieństwo sceny tańca czterech żywiołów. Nie mogę się powstrzymać i podchodzę do nich, jakbym chciał iść za Pierwszym, ale zamiast tego zatrzymuję się i wodzę palcami po krzywiznach drewna: spienionych falach łączących się z podmuchem wiatru, nieprzewidywalnych płomieniach i grubo ciosanych skałach ziemi. Niezaprzeczalnie jedno z najwspanialszych dzieł Pierwszego, o tak.
Kucam i dotykam małego fragmentu morskiej piany tuż koło zawiasu. Nasze wspólne. Ach, ojcze, jesteś taki dobry. Nie zasługuję na ciebie.
— Leo, no chodź już do tej łazienki — odzywa się Kurt, wciąż stojący kilka kroków za mną, na środku korytarza. — Nie dajmy im na siebie czekać.
— O... oczywiście — odpowiadam, wstając.
Nie zapalamy światła. W półmroku, wytyczoną przez lata ścieżką, idziemy ramię w ramię do końca korytarza i na lewo. Jestem pewien, że nawet w całkowitych ciemnościach trafiłbym na miejsce bez problemu.
Jako pierwszy do środka wchodzi Kurt. Korzystając z chwili samotności, zamykam oczy i głęboko wdycham powietrze. Znajdujemy się niedaleko kuchni, dlatego zapach przygotowanej przez braci uczty jest tu szczególnie intensywny. Zachwycająca mieszanka dań i przypraw z całego świata powala. Oprócz tego w powietrzu unosi się też delikatna woń drewna, starych ksiąg i magii. Pachnie domem.
Kurt, niemiłosiernie skrzypiąc łazienkowymi drzwiami, przerywa moje rozmyślania. Natychmiast otwieram oczy i drapię się w skroń.
— Tylko nie siedź tam przez godzinę, królewno, bo jestem strasznie głodny, a — pociąga nosem — słynny gulasz Dziesiątego czuć aż tutaj. Jeszcze cię zostawię i sam będziesz musiał robić wielkie wejście.
— Wolałbym nie. — Uśmiecham się półgębkiem, po czym zamykam w łazience.
Otacza mnie biel, zgaszony błękit i srebro. Całkowicie zmienili umeblowanie. Naturalnie, że to zrobili, tamto sklejkowe paskudztwo na pewno dawno się rozpadło. Piąty zawsze mówił, że długo nie wytrzyma, nie wiem, czemu Dziesiąty tak się upierał na tamten komplet. Wszyscy się wtedy z niego śmialiśmy. Ach, to były czasy.
W ozdobnym lustrze studiuję swoje odbicie. Wyglądam jakoś obco, dziwnie. Może to kwestia oświetlenia, może klimatu, może nerwów… sam nie wiem.
Wiem za to, że nie mogę tak się pokazać. Muszę zrobić dobre wrażenie. Udowodnić, że nie zmarnowałem tego czasu. Wygładzam ciemnozielony sweter, poprawiam kołnierzyk koszuli. Palcami przeczesuję spuszone od wilgoci włosy i wiążę je gumką. A może powinienem zostawić rozpuszczone? Wtedy takie nosiłem, przed wyjazdem. Może jeśli będę bardziej znajomy, łatwiej zaakceptują… mnie, mój powrót. Zobaczą, że się nie zmieniłem, że wciąż jestem ich Leo. Będzie jak dawniej.
Bzdury. Zmieniłem się, a oni zauważą to od razu, bo nie są ani ślepi, ani głupi. Przejrzą mnie na wylot, przeżują i wyplują. Zmiażdżą oskarżycielskimi spojrzeniami i wyrzucą za drzwi, jak tylko otworzę usta. Przejrzą każde kłamstwo, a nie kłamać byłoby zbrodnią. Nie mogę powiedzieć: „Tak, było mi dobrze bez was. Tak, wcale nie chciałem tu przyjeżdżać. Kochajcie mnie, swojego zdradzieckiego braciszka, bo inaczej znów wam zwieję. Zobaczycie, na co...”
Och, Leo, jesteś genialny. Ge-nial-ny. Znów wyrzucasz sobie wszystko, na co jesteś tylko w stanie wpaść. W ten sposób nigdy stąd nie wyjdziesz. Będziesz siedzieć tutaj do końca świata, układając coraz to gorsze scenariusze. Musisz przestać myśleć. Przestań o tym myśleć, Leo, skup się. Na czymkolwiek. Patrz, kafelki na ścianie. Identyczne jak trzydzieści lat temu. Ten na dole, koło zlewu, wyszczerbiony. Kafelki. Kafelki. Kafelki.
— Wszystko okej? — słyszę zaniepokojony, stłumiony głos Kurta. — O co ci chodzi z tymi kafelkami?
— Co? O nic. Już idę. Chwileczkę.  
Trzymając się obiema rękami zlewu, spuszczam głowę. Wdech, wydech. Ogarnij się, Leo. Masz tutaj wszystko, czego ci trzeba. Użyj tego.
Odkręcam kurki i zanurzam dłonie w strumieniu ciepłej wody; pozwalam się porwać jej nurtowi, wsłuchać w uspokajający szum. Nucę starą pieśń, przemywając z namaszczeniem twarz oraz dłonie. Mogę to zrobić. Zrobię to. Wyjdę i zjem kolację z moimi braćmi. Dam sobie radę.
Tylko czy oni...
— Kurt?
— Tak?
— Myślisz… myślisz, że mi wybaczą?
— Co takiego?
— No wiesz… moje odejście. To...
— Głupota — przerywa mi. — Nie mają czego ci wybaczać — stwierdza ostro. — Wszyscy odchodziliśmy na jakiś czas podładować baterie. Nie było cię przez trzydzieści lat. Wielkie rzeczy. Dziewiątego nie było ponad pięćdziesiąt i nikt nawet nie mrugnął.
— Ale wiesz, wtedy było inaczej. Itri nie uciekł. Pisał do nas listy, przysyłał paczki. I… No wiesz, wiedzieliśmy, że nic mu nie jest, że tylko potrzebuje trochę czasu dla siebie i wróci.
— Ty też wróciłeś.
— To co innego. Pojechałeś po mnie. W innym wypadku… — urywam.
— Wróciłbyś — odpowiada pewnie. — W końcu. Wiem, że byś wrócił. Wszyscy to wiemy, dlatego będzie dobrze. Chodź już, jedzenie stygnie.
Wróciłbym? Naprawdę? Masz o mnie za wysokie mniemanie, bracie. Zbytnio polubiłem tamto życie. Takie zwyczajne, takie nieskomplikowane, takie…
— Idziesz, czy mam wyważyć drzwi i cię tam zanieść?
Chcę już złapać klamkę, ale dostrzegam, że wciąż mam mokre dłonie. Kurczę, gdzie są ręczniki? Dlaczego nie ma ręcznika, przecież Kurt powinien...?
Rozglądam się dookoła i niechcący strącam z półki pusty kosz na pranie. Łapię go w ostatniej chwili, ale i tak robię mnóstwo hałasu.
— Leo?
Gdzie jesteście, piekielne ręczniki? Rozglądam się szaleńczo na wszystkie strony niewielkiego pomieszczenia.
Już wiem, górna szafka! Proszę, bądźcie tam! Są!
— Idę!  — Pospiesznie wycieram ręce i pędem wychodzę z łazienki.
Kurt czeka oparty o ścianę, z szelmowskim uśmieszkiem kręcąc głową. Gdy zrównujemy krok, klepie mnie w plecy.
— Braciszku, wszystko będzie dobrze, zobaczysz.  
— Oczywiście.