22 września 2017

Rozdział 4

 Rozrywający bębenki w uszach i zarazem wwiercający się w czaszkę dzwonek skutecznie zagłusza gderanie historyczki, starającej się wcisnąć nam do głów choć kapkę bezużytecznej wiedzy. Okrojone ze wszystkich ciekawostek notatki biograficzne dawnych królów wygłaszane piskliwym głosem nijak nadają się do słuchania. Dziwię się, że w dniu takim jak ten — tuż przed długim weekendem — ma jeszcze chęci próbować. Naturalnym jest, że każdy tylko czeka, by móc uciec ze szkolnej ławki.
Unoszę wzrok znad telefonu i spostrzegam, że klasa zaczęła właśnie budzić się z letargu. Do tej pory prawie każdy był zajęty dyskusją na fejsie o zbliżającej się imprezie u Krzyśka. Mojego Krzyśka. No, technicznie rzecz biorąc, jeszcze daleko nam do bycia parą, ale mam nadzieję, że jeśli jutro wszystko dobrze poprowadzę, poczynimy pierwszy krok w tym kierunku.
Choć nie mieliśmy dotąd okazji porozmawiać na poważniejsze tematy niż szkoła, czuję, że miesiąc subtelnego okazywania zainteresowania i pozwalanie na odpisywanie zadań z biologii opłaciły się. Zauważyłam, że w ostatnim tygodniu Krzysiek coraz częściej zerkał w moją stronę, a to więcej niż dobry znak. Oby tylko udało mi się z nim zatańczyć. W końcu nic tak nie zbliża, jak odrobina kontaktu fizycznego.
Z ledwością powstrzymuję się od głośnego ziewnięcia i zaczynam pakować rzeczy do torebki. Uch, jak dobrze, że to już ostatnia lekcja! Tkwienie w szkole po osiem godzin jest zbrodnią, szczególnie przy dzisiejszej pogodzie. Siedząca obok mnie Ula ma chyba jednak inne zdanie — mimo że niektórzy zdążyli do tej pory wyjść z klasy, ona wciąż wpatruje się bezmyślnie w przestrzeń. W oczekiwaniu na nią wygładzam nieistniejące fałdy miękkiego materiału bordowej spódnicy, ale gdy wciąż nie rusza się z miejsca, szturcham ją delikatnie w ramię.
— Halo, ziemia do Uli.
— Lena, o co...? — urywa, rozglądając się szybko na boki. — Już po dzwonku?
— Nie wierzę, że go nie usłyszałaś. Jak to w ogóle jest możliwe?
— Jakoś tak się zamyśliłam — stwierdza, po czym za jednym zamachem zsuwa wszystko z blatu prosto do plecaka.
— Dziwaczka — rzucam dowcipnie. — Chodźmy, bo dziewczyny pójdą bez nas.
Sandra i Roksana nie są jednak na tyle podłe, by to zrobić, dlatego zgodnie z moimi podejrzewaniami, zastajemy je czekające zaraz za drzwiami klasy.
— Długo wam zeszło — odzywa się Rox. — Zasnęłyście w ławce czy coś?
— Czy coś — odpowiada Ula, odgarniając na bok słomkową grzywkę.
Idziemy długim korytarzem do łazienek. Czekając na dziewczyny, sprawdzam w zawieszonym nad umywalką lustrze stan makijażu. Nieco tuszu się osypało, toteż zbieram go delikatnie brzegiem chusteczki — patyczek kosmetyczny byłby co prawda lepszy, ale jak na złość ostatni zużyłam rano. Odczuwam też nieprzyjemną szorstkość ust — ochronna pomadka zdążyła już się zetrzeć i trzeba jej dołożyć. Niestety po ostatnich eksperymentach z nową szminką moje usta wciąż nie są w najlepszym stanie. Oby tylko Krzysiek nie miał jutro ochoty na całusy.
Chcę jeszcze na szybko przeczesać włosy, ale ledwo wyciągam szczotkę, przerywa mi Ula:
— Ruszaj się, Roszpunko. Będzie jeszcze czas na pindrzenie. — Otacza mnie ramieniem i razem opuszczamy łazienkę.
Szybko docieramy do wyjścia z liceum. Już po pierwszym kroku na świeżym powietrzu zaciągam się zapachem kwiatów i drzew otaczających cały budynek. Przystaję na chwilkę, zamykam oczy i pozwalam promieniom ciepłego słońca wnikać przez skórę. Uwielbiam to uczucie.
— Teraz ty przysypiasz — śmieje się Ula. — Ale totalnie rozumiem, pogoda jest boska.
— Co powiecie na lody? — proponuje Roxi. — Niedawno otworzyli nową lodziarnię na deptaku. Mają tam genialne sorbety, mówię wam.
— Z przyjemnością — opowiadam i krzyżuję wzrok z aprobującym spojrzeniem Sandry.
— Kierunek lodziarnia! — wykrzykuje Ula, zaciskając pięść w triumfalnym geście.
Przechodzimy właśnie przez bramę, kiedy zauważam opierającego się o ogrodzenie Krzyśka. Co on tutaj robi? Powinien już dawno odjechać autobusem.
O kurczę, idzie w naszą stronę! Szybko poprawiam rozwiane włosy i obciągam kremowy sweter. Mam zamiar powiedzieć coś zalotnego, ale nie zdążam, bo pierwsza zagaduje Ula:
— Czekasz na kogoś? — Rzuca w jego stronę zagadkowe spojrzenie.
— Właściwie... właściwie to tak. Leno? Moglibyśmy polatać, eee, to znaczy, pogadać? Na osobności — dodaje, przenosząc nerwowy wzrok po naszej grupie.
— Jasne — odpowiadam nieco zbyt szybko i entuzjastycznie. — Pewnie, nie mam teraz nic innego do roboty.
— A co z... — Rox nie dokańcza, bo dostaje kuksańca od Sandry. — Aaa. No to my już pójdziemy, Leno. Spróbujemy możliwie największej ilości smaków i wszystko ci opowiemy. — Wymija mnie i za plecami Krzyśka posyła mi perskie oko. — Do jutra!
— Pa, pa — odpowiadam.
— Cześć! — żegnają się Ula i Sandra.
— O co chodziło z tymi smakami? — pyta Krzysiek, gdy już zostajemy sami.
— Em... o nic takiego. Roxi będzie testować lody.
— Rozumiem — stwierdza tonem znawcy i nagle jakby dostaje olśnienia: — Miałaś iść z nimi, prawda? Mogłaś powiedzieć, nie zatrzymywałbym cię.
— Spoko, chciałam z tobą pogadać.
— Aha, no to — Krzysiek drapie się po policzku — to super. Właśnie. Mieliśmy pogadać. Tak — wyrzuca z siebie kolejne słowa jak z karabinu, a napięte mięśnie poruszają się pod dopasowaną, niebieską koszulką.
Rany, nigdy bym nie pomyślała, że Krzysiek może być nieśmiały. Tysiące razy widziałam, jak rozmawia, i nigdy nie słyszałam, żeby choćby się zająknął. Do tego ktoś taki jak on — koszykarz, żartowniś, do tego o posturze greckiego posągu — nie wie, jak do mnie zagadać. Jej.
Chociaż, patrząc obiektywnie, wcale nie jestem lepsza, bo nogi mam jak z waty. Dobrze, że nigdzie nie idziemy — nie uszłabym nawet trzech kroków. Wychodzi na to, że pasujemy do siebie.
— Nie ma pośpiechu. W końcu od jutra mamy wolne, nie? — Uśmiecham się.
— No właśnie, co do wolnego. Pewnie wiesz, że organizuję imprezę.
— Yhm. I? — Zachęcam go.
— I wiesz, chciałbym wiedzieć, czy ty... to znaczy, byłoby miło, gdybyś, no wiesz, przyszła. Nie napisałaś, czy będziesz, więc ja... chciałem zaprosić cię osobiście.
— Przyjdę z wielką chęcią.
— Naprawdę? — Przeczesuje palcami swoje lśniące, czarne włosy.
Przez to orientuję się, że sama cały ten czas nawijałam blond kosmyk na palec. Szybko splatam dłonie za sobą.
— Naprawdę. Od tygodnia już rozmawiałyśmy o tym z dziewczynami.
— Z dziewczynami — powtarza za mną jak echo.
— Coś z nimi nie tak?
— Nie, skąd. Tylko miałem nadzieję, żebyśmy... no wiesz... też mieli jutro szansę... pogadać.
— Och, na pewno znajdzie się szansa pogadać! A może pomóc ci jakoś z tą imprezą? — rzucam bez zastanowienia i od razu zaczynam się zastanawiać, czy dobrze zrobiłam. Co, jeśli uzna mnie za zbyt nachalną?
— Ty... mnie... z imprezą?
Dosłownie widzę przesuwające się w jego głowie trybiki i czuję, jak zaciskam zęby na dolnej wardze.
— Byłoby mi bardzo miło — odpowiada wreszcie.
Oddycham z ulgą.
— Prześlę ci szczegóły na Facebooku, OK? — proponuje Krzysiek.
— A może chcesz mój numer? — ryzykuję.
— Jasne, będzie super.
— Dasz mi telefon? — pytam, gdy przez chwilę nic się nie dzieje.
— Po co?
— Żebym mogła ci go zapisać. Mój numer.
Nerwowy, choć wciąż cudowny śmiech dochodzi do moich uszu.
— Gdzie ja mam głowę? Pewnie, już ci daję.
Szybko wklepuję numer w jego komórkę i gdy oddaję ją z powrotem, nasze dłonie na ułamek sekundy się dotykają. Potężny rumieniec wstępuje na twarz Krzyśka. Jejku, ten chłopak jest tak słodki, że zaraz nie wytrzymam.
Czuję, że i dla niego zaczyna to być za dużo, więc postanawiam się ulotnić.
— No to do zobaczenia jutro? — pytam zalotnie.
— Do zobaczenia — odpowiada z szerokim uśmiechem, kurczowo ściskając telefon, a jego błękitne oczy błyszczą jak kryształy.
Zaczynam iść w swoją stronę, a on w swoją, ale nie mogę powstrzymać i już po kilku krokach odwracam się. Zaskakująco, on też. Nasze spojrzenia się spotykają i to chyba pierwszy raz, gdy Krzysiek patrzy mi prosto w oczy. Moje serce wali jak oszalałe. Macham mu na pożegnanie, a kiedy on odmachuje, dosłownie czuję motyle w brzuchu. Jak na skrzydłach lecę przed siebie; powinnam jeszcze móc dogonić dziewczyny. Jeśli szybko nie podzielę się z kimś tym szczęściem, wybuchnę.
* * *
— Zaprosił cię?! Wow! — Rox wydziera się na całe gardło.
Kilka osób z sąsiednich stolików odwraca się, by wyrazić niezadowolenie.
— Przepraszam — mówi, choć jej mina wciąż wyraża czystą euforię. — Opowiadaj, jak to było.
— Może najpierw zamówimy? — proponuje Ula, wskazując na zbliżającego się kelnera, zanim zdążam cokolwiek odpowiedzieć.
— A co powiecie na to, żebym zamówiła za was? Zobaczymy, czy znam wasz gust — proponuje Roksana, intensywnie wpatrując się w nas swoimi wielkimi, czekoladowymi oczami łani.
— Niezły pomysł — stwierdzam. Prawdopodobnie, gdyby ktoś zaproponował mi teraz skok na bungee, też bym się zgodziła pomimo lęku wysokości.
— Bo ja wiem? — mówi Sandra, z brodą podpartą na dłoni. — A jak nie trafisz, to kto je potem zje?
— Nie ufasz mi? No wiesz?
— To nie tak, tylko...
— Jak nie trafi twoich, to ja je zjem, OK? — ofiaruje się Ula. — Ja tam lubię wszystkie smaki.
Sandra godzi się tylko skinieniem głowy, bo w słowo wchodzi jej Roxi:
— Ej, miałam zgadywać. Nie psuj zabawy.
— Jedne lubię bardziej niż inne, może być?
— Może. No dobra, to dajcie teraz trochę ciszy ekspertce. Muszę się skupić — mówi i z poważną miną, rozsiadając się na fotelu, zaczyna wczytywać się w menu.
Nie ośmielamy się przeszkadzać naszej ekspertce, więc czekamy w milczeniu, aż się namyśli.
Dopiero teraz mam szansę lepiej rozejrzeć się po lokalu i muszę przyznać, jestem pod wrażeniem. Lodziarnia prezentuje się obiecująco: nie podąża ślepo za najnowszymi trendami, a w dobrym stylu łączy lekkość i nowoczesność — wszystko, co może kojarzyć się z orzeźwiającymi deserami. Połączenie białej bazy, dużych, wpuszczających naturalne światło okien i porozwieszanych pod sufitem okrągłych, włóczkowych lampek w różnych kolorach wygląda naprawdę dobrze.
Pastelowe tkaniny siedzisk są przyjemne w dotyku, a szklane blaty okrągłych stolików nie tylko wyglądają ładnie, ale i są łatwe do czyszczenia. Ktoś, kto zaprojektował to wnętrze, musi znać się na swojej robocie. Cykam kilka fotek smartfonem i dołączam do folderu z inspiracjami. Ledwie sprawdzam, czy nie wyszły rozmazane, przychodzi nasze zamówienie. Widok kolorowych, artystycznie polanych sosem czekoladowym i ozdobionych wafelkami deserów sprawia, że nie mogę się powstrzymać i zanim dziewczyny zdążają zabrać swoje porcje, robię dwa kolejne zdjęcia i szybko wrzucam je na Instagrama.
— Cholera! Jesteś jakąś wiedźmą czy co? — pyta Ula, mrużąc szaroniebieskie oczy w stronę Roksany. — Miętowe z czekoladą, orzechowe i sorbet z grejpfruta to moje ulubione smaki.
— Kwestia dobrego oka — chwali się Rox. — I jak, Sandro, dobrze wybrałam?
Sandra, do tej pory zajęta jedzeniem, podnosi głowę znad misternie zdobionego pucharka i dopiero po przełknięciu lodów, odpowiada:
— Zadziwiająco. Aż mi głupio, że w ciebie zwątpiłam. Sama nie pomyślałabym o gruszkowym sorbecie, a jest pyszny. Tak samo reszta smaków.
— A ty, Leno? Mam nosa? Powiedz, że mam.
— Masz — odpowiadam. Rzeczywiście dobrze jej to wyszło: sorbet truskawkowy, karmel z solą, a w szczególności czekolada z chili bardzo mi smakują.
Widok wyszczerzonej od ucha do ucha Rox jest bezcenny — wygląda, jakby udało jej się co najmniej zaprowadzić pokój na świecie.
— Świetny pomysł z tymi sorbetami. Przełamują mleczność innych smaków — chwalę.
— A widzisz. Mówiłam, że opłaca się tu przyjść. Ale hej, miałyśmy przecież znacznie lepszy temat niż lody. Leno, wcześniej tak paskudnie ci przerwano. —  Spogląda na Ulę, pochłaniającą swoją porcję w zastraszającym tempie. — Kontynuuj.
— W sumie to nie wiem, od czego zacząć — śmieję się, ściskając w dłoniach pucharek. Skroplona woda spływa mi na rękę, więc odruchowo wycieram ją o spódnicę. — Jak zostawiłyście nas samych, rozmowa powoli zaczęła się jakoś kręcić. No i od słowa do słowa wyszło, że chce mnie zaprosić na imprezę. Ma nadzieję, że sobie porozmawiamy.
— Porozmawiacie, jasne. — Rox znacząco przygryza waflową rurkę.
Posyłam jej dezaprobujące spojrzenie i mówię dalej:
— Skończyło się na tym, że zaproponowałam mu pomoc w przygotowaniach.
— Ale jak to? Miałyśmy się zabrać wszystkie razem z moim dziubkiem — stwierdza Roxi. — No nie, teraz to psujesz nasze plany. Kto nas pomaluje, jak nie ty? Nawet gdybym próbowała coś wymodzić, to przecież i tak nie mam w kosmetyczce niczego dla tych bladziochów. Jeśli pojedziesz tam wcześniej, zostaniemy na lodzie.
— Nie pomyślałam o tym — przyznaję, drapiąc się po brodzie. — Nie bardzo mam pomysł, jak to pogodzić.
— A może byśmy pojechały pomagać z tobą? — proponuje Sandra. — O ile oczywiście wszystkim to pasuje.
— Zrobiłybyście to? Byłoby super — oświadczam.
— Masz łeb jak sklep, San-san — rzuca Rox, celując w nią długą łyżeczką. — Właśnie tak zrobimy!
— Niech wam będzie — zgadza się Ula.
— Dzięki, dziewczyny. Jesteście najlepsze.
— No ba — stwierdza Roksana i wszystkie wybuchamy śmiechem.
* * *
Już z daleka widzę kanciaste, czerwone litery szyldu Fantazji. Wprawnym okiem szukam jakichkolwiek niedoskonałości kwadratowego budynku restauracji, które mogłyby odstraszyć klientów. Parter prezentuje się nienagannie — białe ściany nie wymagają jeszcze malowania, drewniane stoliki schowane pod parasolami stoją równo, a w wielkich donicach z tujami brak jakichkolwiek śmieci.
Niestety stwierdzam, że po ostatnich ulewach okna w mieszkaniu na piętrze nie prezentują się najlepiej, dlatego ich umycie dodaję do coraz to bardziej powiększającej się listy rzeczy do wysprzątania w sobotę. Eh, jak zwykle dbanie o porządki zostaje na mojej głowie. Jak to jest, że tylko mnie przeszkadza brudny zlew albo kurz na półkach?
Przez chwilę zastanawiam się, czy iść od razu na górę, czy przywitać się z tatą w restauracji. Ostatecznie decyduję się na to drugie po części z ciekawości, jaki dzisiaj mamy ruch, a po części, by zwędzić kucharzom coś smacznego z patelni.
Oldskulowe wnętrze lokalu ze względu na późną porę obiadową nie jest mocno wypełnione gośćmi, ale wszyscy wyglądają na zadowolonych, co bardzo mnie cieszy.
Tutaj też przeprowadzam ekspresową inspekcję porządku i jestem całkowicie zadowolona z jej wyników. Każdy z pustych, okrągłych stolików został dokładnie wysprzątany po klientach, kwiaty w wazonach są świeże, a obsługa w odprasowanych, czerwono-białych uniformach miła i uśmiechnięta — przysłuchiwanie się jej odrobinę trwa, ale nie jest to dla mnie żaden problem. Dbanie o każdy detal naszej restauracji to dla mnie czysta przyjemność.
Ledwie mijam drzwi dla personelu, uderza we mnie bogaty zapach podsmażanych warzyw —  aż zaczyna lecieć mi ślinka.
W poszukiwaniu taty udaję się prosto do kuchni, gdzie uwijający się przy kuchence Fabio od razu wita mnie szerokim uśmiechem, pokazując rząd nierównych zębów.
— Cześć, Lena.
— Cześć, szefie. Jak dziś robota?
— Zawaleni jesteśmy po pachy.
— No to świetnie. — Rozglądam się dookoła. — Gdzie tata?
— Poszedł do magazynu po karczochy.
Postanawiam na niego nie czekać, tylko idę w jego kierunku, do końca wąskiego korytarza i w lewo. Zgodnie z założeniami, zastaję go stojącego przed skrzynką karczochów, zagubionego we własnych myślach. Potężna sylwetka mocno wyróżnia się w tak małym pomieszczeniu, wciśnięta między metalowe półki załadowane jedzeniem. Nieco za ciasno zawiązał czerwone paski fartucha, przez co kojarzy mi się z szynką obwiązaną sznurkiem, stwierdzam jednak, że zachowam ten żart na później.
— Hej, tato.
Na dźwięk mojego głosu odwraca się, rozpromieniony.
— Słońce, cześć. Jak tam w szkole?
— Nic ciekawego. Przynajmniej podczas lekcji — dodaję konspiracyjnym tonem.
— Ach tak. — Podnosi skrzynkę i udajemy się do wyjścia. — No to opowiadaj.
Przytrzymuję mu drzwi, po czym zamykam je na klucz, pozostawiony przez tatę w zamku.
— Mówiłam ci ostatnio o imprezie u Krzyśka.
— Tego koszykarza z gazety, a nie tego, co wysysał tusz z długopisów, tak?
— Tak, tego z gazety. — Chce mi się śmiać na samą myśl o całowaniu przerażająco niebieskiej paszczy tamtego Krzyśka. — No więc plany nieco się zmieniły i pojedziemy tam półtorej godziny wcześniej. Będziemy z dziewczynami pomagać w przygotowaniach. Ustawiać stoliki i takie tam.
Wchodzimy z powrotem do kuchni.
— Niech będzie. Ale mam nadzieję, że wrócisz o tej samej godzinie, na którą się umawialiśmy?
— Ma się rozumieć.
— I nie wypijesz niczego, czego sama nie otworzysz. — Tata szatkuje natkę pietruszki, potem koperek i wsypuje je do miski z gęstą śmietaną.
— Taaato, będą tam sami znajomi, a nie jacyś zboczeńcy.
Jedno jego spojrzenie spod ciemnych, krzaczastych brwi mówi mi, że nie ma sensu dalej dyskutować.
— Dobrze, nie będę.
— Gdyby cokolwiek się działo, dzwoń — mówi, jednocześnie mieszając w misce.
— Przecież będziesz już spać, tato.
— To się obudzę. — Kieruje do moich ust łyżkę. — Spróbuj sosu.
Smakuję go przez chwilę i stwierdzam ze zdziwieniem:
— Hm... to nowy przepis? Jak na mój gust nieco za mało soli.
— Rzeczywiście — uznaje, po samodzielnym wypróbowaniu. — To jak?
— W razie czego zadzwonię.
— Wyśmienicie.
* * *
— Wróciłam! — Wołam, wchodząc do mieszkania, jednak nikt mi nie odpowiada. — Aśka? — Dalej nic. Cóż, najwyraźniej moja młodsza siostra jeszcze nie wróciła z kółka językowego.
Zrzucam w przedpokoju botki i od razu kładę się na kanapę w salonie. Moje biedne, obolałe stopy wreszcie są wolne! Gdybym tylko wiedziała, że będziemy dziś tyle łazić po mieście, założyłabym coś na płaskim obcasie.
Mimo wszystko, opłaciło się. Inaczej nie wybrałybyśmy Sandrze bluzki z koronkowymi rękawami na jutro ani tym bardziej nie kupiłabym na promocji tej genialnej chustki. Morski będzie idealnie pasował do ceglastej sukienki. W sam raz na wieczór. I jest taka milutka w dotyku.
Już wyciągam dłoń, by dosięgnąć pilota leżącego na stoliku kawowym, gdy przez przypadek poruszam myszką laptopa taty — ekran od razu się zaświeca. Eh, znowu zapomniał go wyłączyć. Już biorę się, by zrobić to za niego, gdy moją uwagę przyciągają zdjęcia na przeglądanej przez niego stronie. A to ciekawe. Kto by pomyślał — tata i portal randkowy.
Zaraz, CO?! Portal randkowy?! Zrywam się na równe nogi, nie mogąc pojąć, czego właśnie się dowiedziałam. To przecież niemożliwe.
Może to tylko jakaś reklama, coś mu wyskoczyło? Przyklejam twarz do monitora, skanując każdy cal serwisu. O rany. Ma konto. Ze zdjęciem. Szafran72. Szafran, kuźwa, siedemdziesiąt dwa!
Opadam bezwiednie z powrotem na kanapę.
To jakiś sen, zdecydowanie — najwyraźniej gdy się położyłam, zasnęłam ze zmęczenia. Kiedy się obudzę, na ekranie będą tańczące koty. Tak właśnie będzie.
Szczypię się w ramię, ale poza pulsującym bólem i czerwieniejącym kawałkiem skóry nic się nie zmienia. To nie sen. Tata naprawdę szuka sobie kogoś przez internet.
Jak mogłam niczego nie zauważyć? Jasne, był ostatnio nieco bardziej rozkojarzony niż zwykle, ale żeby źródłem jego zachowania okazało się coś takiego? Nigdy bym na to nie wpadła.
Zawsze powtarza, że mama wciąż jest miłością jego życia. Wszędzie wisi pełno jej zdjęć, a restauracja... wygląda przecież niczym relikt lat dziewięćdziesiątych — niczego nie pozwala tam zmieniać. Czy to wszystko przestaje mieć znaczenie? Czy zaczyna o niej zapominać?
Co, jeśli tata kogoś pozna i ta kobieta będzie okropna? Co, jeśli zechce się wprowadzić? Co, jeśli będzie miała dzieci? Przecież od śmierci mamy zawsze byliśmy tylko we trójkę. Ktoś nowy w naszym domu... Czy tata pochowa wtedy wszystkie pamiątki po mamie? Nie, nie, nie. Nie mogę o tym myśleć.
Trzeba to powstrzymać. Muszę koniecznie porozmawiać z Aśką.
* * *
Kiedy wczesnym wieczorem ugniatam ciasto w naszej małej, domowej kuchni, Asia wreszcie opuszcza swój pokój. Odkąd godzinę temu wróciła do domu i rzuciła mi szybkie „cześć”, nie było z nią kontaktu. Nie próbowałam nawet do niej pukać, bo szybko zawiesiła na drzwiach plakietkę „nie przeszkadzać”, co w jej przypadku równało się z zamknięciem drzwi na zamek i włożeniem słuchawek.
Z uwagą obserwuję, jak mój ciemnowłosy, dziesięć kilo chudszy odpowiednik napełnia szklankę sokiem pomarańczowym. Nie spieszy się z tym, więc pewnie na dobre skończyła grać w te swoje strzelanki.
Zdążyła już przebrać swój kujoński sweterek i koszulę z białym kołnierzykiem na jeden z tych okropnych, trzy numery za dużych, czarnych T-shirtów. Po gładkim kucyku też nie ma śladu, do akcji wkroczyło ptasie gniazdo. Mimo że żyję z nią już szesnaście lat, wciąż nie mogę pojąć, jak bardzo potrafi się zmienić, w zależności od tego, gdzie oraz z kim jest.
Zauważa moje gapienie się, ale na szczęście, jak zwykle, nie widzi w tym nic podejrzanego. Posyła mi za to jeden ze swoich dobrotliwych uśmiechów. Drapiąc się po usianym piegami nosie, pyta:
— Co robisz dobrego?
— Babeczki na imprezę.
— Z owocami?
— Yhm. — Widząc, jak jej niebieskie oczy powiększają się, dodaję: — Spokojnie, zostawię nam trochę.
Awesome — odpowiada, zbierając się do wyjścia.
To moja szansa. Teraz albo nigdy.
— Co myślisz o tym, żeby tata zaczął chodzić na randki?
Aśka zatrzymuje się w progu, po czym spogląda na mnie, unosząc brwi.
— Skąd taki pomysł?
— Widziałam u niego na laptopie otwartą stronę portalu randkowego. Ma tam konto.
— Wow, to super.
— Super? — przestaję ugniatać ciasto, wstrząśnięta i zaczynam badać ją wzrokiem.
Czy ona sobie żartuje? Nie, wszystkie szczegóły rozpromienionej twarzy mojej siostry jasno wskazują na całkowitą szczerość. Cofa się z powrotem do kuchni i, odstawiając szklankę na blat, siada przede mną na taborecie. Widocznie ma nadzieję na dłuższą dyskusję.
Skoro tak, wycieram dłonie w ścierkę i siadam na drugim stołku, tuż obok niej.
— Pewnie Fabio w końcu go namówił — stwierdza pogodnie. — Może wreszcie ruszy do przodu.
— Jak to do przodu?
— Myślisz, że zaczął już z kimś pisać? — kontynuuje, żywo gestykulując i kompletnie nie zwracając uwagi na moje pytanie. — Chyba by nam o tym powiedział, nie? Chociaż...
— Chociaż co?
— Może boi się naszej reakcji. You know, niektóre dzieci nie lubią, jak ich rodzice randkują. Na szczęście może być o nas spokojny, nie?
— J... jasne. — Jak ona może nic nie rozumieć?
— Myślę, że powinnyśmy mu o tym powiedzieć. Nah, lepiej jakoś delikatnie zasugerować. Co myślisz, żebyśmy zrobiły to przy niedzielnym obiedzie? Chyba powinno być dobrze.
Ona chce go jeszcze zachęcać? To niedorzeczne. Czy tylko ja w tym domu jestem przy zdrowych zmysłach?
Co robić? Co robić? Już wiem! Przy kolacji delikatnie zasugeruję im obojgu, że to całe randkowanie jednak nie jest zbyt dobrym pomysłem. Nasza rodzina musi trzymać się razem i nie potrzeba nam do szczęścia żadnej obcej baby.
— Będzie idealnie — odpowiadam, uśmiechając się chytrze.
* * *
— Może jednak nie trzeba mnie malować? — pyta cicho Sandra, gdy odgarniam jej mysie włosy z twarzy.
Uśmiecham się do jej bladego odbicia w lustrze toaletki i odpowiadam z pełnym przekonaniem:
— Absolutnie trzeba.
Nie wygląda na zbyt szczęśliwą, ale przecież to dla jej dobra. Żaden chłopak nie będzie wodzić oczami za dziewczyną z przezroczystymi brwiami. Nie zrobię z niej przecież klauna; chodzi tylko o drobne poprawki. Poza tym to impreza. Trzeba trochę zaszaleć.
Przymierzam kilka paletek cieni do jej oczu. Różowości dobrze komponują się z szarymi tęczówkami i wiosennym typem urody Sandry. Idealnie. Mam już w głowie cały motyw: lekki krem BB na początek, delikatne muśnięcie malinowym różem po wydatnych policzkach i błyszczyk w podobnym odcieniu na usta. Podkreślę brwi oraz rzęsy, ale zero konturowania, żeby nie czuła się przytłoczona. No, może kapkę rozświetlacza tu i tam. Będzie wyglądać jak nimfa.
Po kolei wybieram z szuflady wszystkie kosmetyki i odkładam na blat toaletki. Obracam Sandrę na obrotowym stołku przodem do mnie i biorę się do roboty. To dobra modelka: nie wierci się ani nie robi min, dlatego idzie mi dość szybko — piętnaście minut później moje dzieło jest skończone.
Odwracam Sandrę z powrotem w stronę lustra i pytam:
— No i co sądzisz?
Przez chwilę nie odpowiada, patrząc tępo w lustro. Widzę jednak, jak pod tym iluzorycznym spokojem aż się gotuje. Nie wie, co mi odpowiedzieć. Raz jej się podoba, a chwilę potem już nie. Jest zbyt miła, żeby mnie ochrzanić, dlatego szuka pozytywów. Wie, że z czasem się przekona, więc nie chce dawać ostatecznego wyroku już teraz.
— Jest... jest ładnie — wyrzuca z siebie w końcu.
— Jest zarąbiście — oznajmia Roxi. — Lena jak zwykle się postarała.
— Yup — dodaje Ula.
— Macie rację. — Sandra przytakuje, schodząc ze stołka i sadowiąc się na łóżku obok Uli. — Dzięki, Leno.
— Drobiazg. Kto następny? — pytam. — Wszystkie moje przyjaciółki muszą wyglądać dziś zjawiskowo.
— To może ja — zgłasza się Roxi, szybko zajmując miejsce na krzesełku. — Chciałabym kreski, tobie zawsze wychodzą idealne, a mnie się trzęsie ręka jak paralitykowi — stwierdza z rozbawieniem.
— Co ty gadasz, Rox — unosi się Ula. — Kreski to Lenowy znak rozpoznawczy. Weź ty wymyśl coś oryginalnego.
— No to może takie mocno wytuszowane rzęsiska? — Zastanawia się głośno Roxi, stukając palcem w skroń.
— To akurat mój styl. Czy ty to robisz specjalnie?
Sandra chichocze, zasłaniając dłonią usta i próbując nie dać niczego po sobie poznać.
— Pewnie, że nie — obrusza się Roxi. — A w ogóle to nie można sobie zaklepywać takich rzeczy. To bez sensu.
— Sama jesteś bez sensu.
— Dziewczyny, luz — uspokajam, po czym kładę dłonie na ramionach Roksany, która zaczyna nerwowo kręcić się na stołku. — Co powiesz na to, żebym ja coś wybrała? Coś całkiem innego. — Rzucam szybkie spojrzenie w stronę Uli. — Już nawet mam pomysł, jak ładnie zaakcentować twoją oliwkową cerę.
— A niech będzie! Raz się żyje — odpowiada Roxi ze śmiechem, a ja zabieram się do pracy.
* ~ *
Od ostatniego rozdziału minęło sporo czasu (naprawdę sporo), ale powracam z nowym i mam szczerą nadzieję, że taka sytuacja się już nie powtórzy.
Wreszcie nadszedł moment w którym macie okazję poznać drugą narratorkę opowiadania — Lenę. Jestem bardzo ciekawa, co o niej myślicie i o innych postaciach, które miały szansę się tutaj pojawić; w szczególności o siostrze i ojcu, bo to oni, w przeciwieństwie do znajomych Leny, zostaną z nami na dłużej.
Rozdział dedykuję wszystkim, którzy do tej pory nie zapomnieli o tym opku. :)