10 marca 2017

Rozdział 2

 Nogi same prowadzą mnie do restauracji. Obok słyszę podekscytowany ton Kurta, lecz jego słowa ulatują, pochwycone wiatrem, łącząc się z hałasami miasta. Umysł mam zaprzątnięty czymś zupełnie innym.
Jak udało mu się tak szybko mnie znaleźć? Chociaż... Na pewno musiał się domyślić, że w pewnym momencie wrócę do Florencji. Odnalezienie osoby związanej ze sztuką w tym mieście przy obecnych zasobach Bractwa na pewno nie było zbyt trudne. Mogłem przynajmniej bardziej zmienić imię. Sentymentalny głupiec.
Z drugiej strony, gdziekolwiek bym nie zamieszkał i jakiego imienia nie wybrał, Kurt i tak by mnie odszukał. Bratem zostaje się na całe życie — powinienem był o tym pamiętać; przewidzieć, że któregoś dnia Bractwo zapuka do moich drzwi. Potrzeba każdego z naszej dwunastki, żeby plan się powiódł. Nie mogli tak po prostu zostawić mnie w spokoju, nawet choćby chcieli. Nie teraz, gdy Trzynasty powstał i pierwszy krok został wykonany. Maszyna ruszyła. Teraz tylko jedno może ją powstrzymać. I powstrzyma. Pytanie tylko — kiedy? Przed tym, jak wrócę do dawnych nawyków, czy już po?
Wchodzimy do knajpki, po czym odruchowo zajmuję swoje stałe miejsce przy oknie. Od razu wbijam wzrok w katedrę Matki Boskiej Kwietnej. Misterne zdobienia ułożone z kolorowych kawałków marmuru pokrywają całą jej fasadę. Mógłbym patrzeć na to neogotyckie cudo przez cały dzień, podobnie jak na ludzi robiących mu zdjęcia, wycieczkowiczów przepychających się przez plac, byleby znaleźć się bliżej, wyglądających przy jego monumentalnych rozmiarach niczym krzątające się mrówki. Najchętniej wbiegłbym do środka kościoła i zamknął za sobą drzwi na głucho. Wtedy nie musiałbym...
Dwa stuknięcia ściągają moją uwagę w stronę stolika. Przede mną stoi filiżanka espresso, której przed chwilą jeszcze nie było. Patrzę niezrozumiałym wzrokiem na Kurta, biorącego duży łyk swojego napoju.
Ach, właśnie tego mi było trzeba. — Uśmiech zadowolenia maluje mu się na twarzy. — Pytałem, co chcesz, ale się wyłączyłeś, więc zamówiłem to samo dla nas obu.
Wrzucam dwie kostki cukru i skupiając się na mieszaniu, odpowiadam:
Przepraszam, próbowałem...
Poskładać to wszystko do kupy? — Puszcza do mnie oko. — Tak, wiem, to sporo do przetworzenia. Ale pomyśl o jasnych stronach. Kiedy wszystko załatwimy, koniec z ukrywaniem się. — Kręci nad filiżanką palcem wskazującym i, jak niewidzialną łyżeczką, miesza w resztce kawy. — Będziemy mogli wreszcie używać magii tak, jak powinniśmy.
Przestań — mówię, rozglądając się na boki. — Ktoś może to zobaczyć.
Właśnie o tym mówię. Jeszcze trochę i ten problem przestanie istnieć.
Ale do tego czasu postaraj się powstrzymywać, dobrze? W czasach, kiedy wszystko można nagrać...
Wyluzuj. Mam to pod kontrolą. A co do kontroli — przygląda mi się uważnie — nie obraź się, ale nie wyglądasz za dobrze, braciszku. Kiedy ostatnio ładowałeś bateryjki?
Nic mi nie jest.
Liar, liar, pants on fire.
Może zamówimy ciasto? Mają tu świetny sernik. — Odwracam się w stronę lady wyłożonej tacami ze smakołykami.
Nie zmieniaj tematu. — Kurt rzuca zaskakująco ostro. — Wyglądasz jak gówno i doskonale o tym wiesz. Nie możesz się tak pokazać reszcie.
Mój stan nie powinien ich obchodzić. Pojadę albo tak, albo wcale.
No i to jest mój Leo! Mój buntownik. — Kurt się śmieje, ja natomiast przewracam oczami.
Daj spokój. To nie jest zabawne. I nie mam zamiaru się z tobą kłócić.
Dobra, dobra — macha ręką. — Jeśli chcesz pojechać jako wrak człowieka, to sobie jedź. Ostatecznie to ty będziesz świecić oczami przed braćmi, nie ja.
Jakby znikąd, koło naszego stolika pojawia się Benedetta z ogromną pizzą. Rozchodzący się dookoła zapach jest niesamowity i przypomina mi, że nie jadłem niczego od rana, nie licząc kawałka czekoladowego tortu.
Leonardo! Co za niespodzianka! — Nachyla się i stawia kamienną płytę z daniem na środku stolika. Kosmyk czarnych loków opada jej przy tym na twarz, więc szybkim ruchem odgarnia go za ucho. — O, masz towarzysza.
Witaj, Benedetto. Ach, tak się jakoś złożyło. Przyjechał do mnie brat i chciałem mu pokazać okolicę.
Brat? — Jej piękne, grube brwi unoszą się pytająco. Zwraca się na chwilkę w jego stronę, a ciemne oczy lustrują go, póki nie stwierdza: — Zupełnie niepodobny.
Ciao, bellaodzywa się Kurt z zalotnym uśmiechem i koszmarnym akcentem.
To jedyne, co umie powiedzieć po włosku — tłumaczę.
Rozumiem. Na długo przyjechał? — Ponownie zerka na niego, tym razem jakby z niepokojem.
Nie. Właściwie... Wiesz... ja... Obawiam się, że będziemy musieli odwołać nasze lekcje.
O nie. — Benedetta podnosi dłoń do karminowych ust. — Coś się stało?
Muszę wyjechać na jakiś czas. — Głową wskazuję na Kurta. — Sprawy rodzinne.
Ale wrócisz? Mam nadzieję, że wrócisz. Nigdy nie zdam na Akademię bez twoich lekcji.
Czy wrócę? Co mam odpowiedzieć? Tylko bogowie wiedzą, ile potrwa to wszystko. Może gdyby ślad szybko się urwał...? Przecież to i tak stracona sprawa. Może... może jest szansa, gdybym... Tak, mogę to zrobić.
Wrócę. Na pewno wrócę.
Benedetta ściska mnie mocno i całuje w policzek.
Jesteś najlepszy.
Benedetta! Klienci się niecierpliwią! — krzyczy druga kelnerka zza lady.
Już idę! — odpowiada. — Będę czekać — rzuca już ciszej do mnie i z pustą tacą oddala się, machając nam na pożegnanie.
Kurt odprowadza ją wzrokiem. Spogląda w kierunku bujnych krągłości Beny nieco zbyt natarczywie, dlatego odchrząkuję, żeby zwrócić na siebie jego uwagę.
Wow, to było coś, bratku! Co takiego jej powiedziałeś?
Eee... nic takiego.
Jasne. Niezła laska. To twoja dziewczyna? — Kurt nachyla się nad stołem. — Opowiadaj.
Co? Nie, w żadnym razie. Skąd ci to przyszło do głowy?
Kurt wskazuje na moją twarz. O, nie! Na pewno mam ślad czerwonej szminki na policzku. Chwytam garść serwetek i staram się go zetrzeć. Kurt wybucha śmiechem.
Och, braciszku, braciszku. Ale wiesz, że musisz zostawić ją za sobą, prawda? Nie wyglądała mi na elementalistkę.
Mówię ci, że to nie moja dziewczyna. Przestrzegam zasad, a jedna z nich wyraźnie mówi: żadnych romantycznych związków.
Na bogów, ale z ciebie nudziarz. — Przewraca oczami, po czym bierze do ust kawałek pizzy i zaczyna przeżuwać.
Idę za jego przykładem, bo co jak co, ale pizzę u Luigiego mają wyborną.
* * *
Jesteśmy na miejscu — mówię, wskazując na kamienicę.
Tutaj mieszkasz? — Kurt mruży oczy. Z uwagą przygląda się odpadającemu tynkowi i ścianom pokrytym graffiti. Nawet puka w ścianę, jakby spodziewał się, że cały budynek zaraz runie.
Na samej górze. Chodź. — Macham do niego zaraz po otwarciu drzwi prowadzących do wąskiej klatki schodowej.
A myślałem, że to ja mieszkałem w podrzędnych miejscach.
Wcale nie jest tak źle, jak mówisz — obruszam się.
Wdrapujemy się na ostatnie piętro bez słów. Przez chwilę majstruję przy zamku i puszczam Kurta przodem. Ten od razu rzuca torbę podróżną tuż przy wejściu, a sam wskakuje prosto na kanapę, po czym kładzie ręce za głową i wyciąga nogi na stoliku kawowym. Wciąż stoję w progu i przypatruję się tej scenie w milczeniu. No tak, to w końcu Kurt. Już zapomniałem, jak szybko potrafi się rozgościć. Wzdycham i zamykam za sobą drzwi na zasuwkę.
Wielkością przypomina raczej szczurzą norę niż mieszkanie, ale całkiem przytulnie się tu urządziłeś, nie powiem. Masz nawet kwiatka — stwierdza, spoglądając na roślinę stojącą w rogu na niewielkim drewnianym kwietniku.
Mój skrzydłokwiat! Nie mogę go tu zostawić — orientuję się. — Dostałem go od dony Pazzi na urodziny.
Chyba pora, by do niej wrócił — rzuca cynicznie Kurt, ale dla mnie to nieistotne.
Jesteś genialny. Pójdę do niej, a później do właściciela kamienicy załatwić wszystkie formalności związane z czynszem — stwierdzam entuzjastycznie i przechodzę przez salon do kuchni po rachunki. — Trochę to zajmie. Nie będziesz się tu nudzić? — Biorę doniczkę i opieram o biodro, czekając na odpowiedź.
Dam sobie radę. Nie spiesz się. — Kurt wyszczerza zęby w podłym uśmiechu, a ja natychmiast zaczynam żałować, że zostawiam go samego w mieszkaniu. Ale przecież go nie wygonię. A może?
Kurt, a nie chciałbyś w tym czasie przejść się po mieście, trochę pozwiedzać? W naszym muzeum otworzyli niedawno nową wystawę rzeźb. Naprawdę długo może mnie nie być, a nie mam tu nawet telewizora, żebyś mógł sobie coś pooglądać.
Leo, braciszku, nic się o mnie nie martw. Jestem zmęczony po długim locie, więc spróbuję się trochę przespać.
Aha — rzucam głupio i przełykam ślinę. — No to w takim razie na komodzie leży koc, jakbyś chciał się przykryć. — Ciekawe, czy słyszy w moim głosie ulgę? Pewnie tak. Matko, ale ze mnie brat. Tylko pozazdrościć.
Przyda się. Na razie.
Na razie — odpowiadam i wychodzę.
Schodzę na pierwsze piętro i dzwonię do domu dony Pazzi. Za drzwiami słyszę głośne szczekanie Nico. Jak tylko dona otwiera, spaniel natychmiast dobiega do mnie i zaczyna domagać się pieszczot.
Już, już, Nico — uspokajam go. — Zaraz cię pogłaskam.
Leonardo, o co chodzi? — pyta staruszka.
Choć nie dostrzegam jej twarzy przez zasłaniające mi widok liście, zaniepokojony ton głosu dony wystarcza, bym poczuł mocne ukłucie w sercu.
Dona Pazzi, okropnie mi przykro, ale muszę go pani oddać. — Przechodzę dosłownie trzy kroki z korytarza do salonu i od razu odstawiam roślinę na stół. Czuję wielką ulgę, gdyż zniesienie jej po wąskich schodach nie było tak proste, jak mogłoby się wydawać.
Od razu kucam, żeby pobawić się z Nico. Oczywiście musi oblizywać mi ręce. Co za psiak.
A cóż takiego się stało? — Opierając ręce na biodrach, dona patrzy na mnie z góry z niepokojem.
Wyjeżdżam — odpowiadam, cały czas drapiąc spaniela za uchem. — I niestety obawiam się, że do mojego powrotu nic by z niego nie zostało — mówię ze smutkiem.
Staruszka siada przy stole, a ja zajmuję miejsce naprzeciwko niej, wciąż głaszcząc Nico, który z marnym skutkiem próbuje wdrapać mi się na kolana.
Kiedy?
Dzisiaj. Ale niech się pani nie martwi. Pójdę wieczorem na spacer z Nico i przyniosę pani cięższe zakupy.
Nie kłopocz się tym. — Dona wygładza fałdy fartucha. — Dawałam sobie radę, zanim się tu przeprowadziłeś, dam sobie i teraz.
Nie wątpię. — Uśmiecham się. — Ale może jednak jest coś, co mógłbym zrobić?
Przyślij mi pocztówkę. Tylko ładną, z widokami, a nie gołymi zadkami.
Wyślę najładniejszą, jaką uda mi się znaleźć.
No, to zbieraj się. Masz na pewno urwanie głowy. — Z widocznym wysiłkiem, opierając się o blat stołu, staruszka wstaje. Podchodzi do oszklonej szafki i wyciąga z niej talerz ciasteczek. Zbiera połowę do papierowej torby, którą mi wręcza. — Masz trochę cantucci na drogę.
Dziękuję. Do widzenia, dono Pazzi.
Do widzenia, Leonardo. Spokojnej podróży.
* * *
Kiedy wracam do mieszkania, zastaję Kurta nie śpiącego na kanapie, a otoczonego moimi obrazami. Płótna walają się po całym salonie bez ładu i składu, dając złudzenie przypadkowo pootwieranych portali do innych krain.
Słysząc, jak wchodzę, brat odwraca się i stwierdza pogodnie:
Wcale nie było cię tak długo, jak mówiłeś.
Miałem szczęście — odpowiadam krótko, starając się opanować złość. Co to ma znaczyć?
Co zamierzasz z nimi zrobić? — Kurt zatacza ręką półkole.
Nic. — Wzruszam ramionami. — Zostawię.
Są całkiem dobre. Powinieneś je sprzedać. No wiesz, pokazać szerszej publiczności. Marnują się tutaj.
Nie ma na to czasu.
Zostało ci się tylko spakować. Co masz zamiar robić do wieczora?
Sprzątać — stwierdzam ironicznie.
Zabawny jesteś. Właściwie to myślałem, że wyskoczymy gdzieś na miasto. To nasza ostatnia szansa, żeby się zabawić.
No nie wiem.
Kurt milczy przez chwilę, lecz w końcu stwierdza:
Albo możemy też posiedzieć w domu i pogadać przy piwie. Tyle, że nie masz żadnego.
Mogę coś kupić. Niedaleko jest monopolowy.
I przyniesiesz nam jakieś szczyny. Zostaw to profesjonaliście. Powiedz tylko, w którą stronę mam iść. A ty się pakuj.
Od wyjścia z kamienicy cały czas w lewo. Będzie po drugiej stronie ulicy. W końcu go zobaczysz.
No to w drogę. — Kurt przekłada portfel z marynarki do tylnej kieszeni spodni, po czym wychodzi.
Gdy tylko drzwi się zamykają, głośno wzdycham. Kurt. Kurt to Kurt, nie mogłem spodziewać się po nim niczego innego, jak naruszania mojej prywatności. Mogło być gorzej. Mógł znaleźć obrazy z piwnicy. Te tutaj to tylko krajobrazy. Ćwiczenia. Co za szczęście, że nie trzymam niczego osobistego na wierzchu. Matko, dziennik! W sekundę znajduję się przy biurku i otwieram szufladę. Leży dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy zostawiłem go rano. Ufff...
Zbieram płótna z podłogi i z powrotem wynoszę je do sypialni, skąd Kurt je przytaszczył. Wciskam obrazy w kąt. Wyglądają prawie tak, jakby nigdy się stamtąd nie ruszyły. Prawie.
Czuję się taki zmęczony. Najchętniej położyłbym się do łóżka. Wygląda tak zachęcająco z tymi nowymi, błękitnymi poduszkami. A, właściwie co mi szkodzi? Tylko na chwilę. Zanim Kurt wróci, zdążę się wszystkim zająć.
* * *
Już się spakowałeś? — Głos Kurta wyrywa mnie z drzemki.
Natychmiast podnoszę się na łokciach i widzę go opierającego się prawą ręką o framugę. W lewej trzyma zgrzewkę piwa.
Szczerze mówiąc, jeszcze nie zacząłem — wyznaję, przecierając oczy.
Drzemka? Przyznam, że trochę zapomniałem, jak bardzo potrafisz oderwać się od rzeczywistości.
Tylko trochę — stwierdzam, wstając.
Jaaasne.
Idę za Kurtem do salonu. Zanosi piwo do lodówki, ja zaś, czekając na jego powrót, powstrzymuję się od ziewnięcia. Kiedy wraca, patrzy, jakby chciał przewiercić mnie wzrokiem i klepie po ramieniu.
Stary, ty naprawdę wyglądasz, jakbyś musiał się napić. I to czegoś znacznie mocniejszego niż piwo. Siadaj, opowiadaj. — Sam zajmuje miejsce na brzegu kanapy i kiedy nic nie robię, poklepuje sparciałe siedzenie. — No dawaj.
Ostatecznie siadam obok niego. Co innego mam zrobić?
O co chodzi? — pyta.
O nic nie chodzi.
Na bogów, kim dla ciebie jestem? — Jego zirytowanie jest tak wyczuwalne, jakby miało za chwilę przybrać fizyczną formę. — Wrogiem? Przesłuchującym? Katem?
Bra...
Nie słyszę cię.
Bratem — mówię głośniej.
No właśnie — spogląda mi w oczy. — Myślałem, że mieliśmy mówić sobie o wszystkim. Powiedz mi, co cię gryzie. Chcę ci pomóc. — Pochyla się w moją stronę.
W dłoniach gniotę materiał koszuli. Podskórnie czuję, że Kurt ma ochotę znów mnie dotknąć, jakby myślał, że doda mi to otuchy, ale wpierw czeka, jak zareaguję na jego bliskość. Odwracam wzrok. To powinien być wystarczający sygnał.
W tym rzecz, Kurt. Nie możemy mówić sobie o wszystkim. Już nie. Nie po tamtej kłótni. Poza tym za dużo czasu minęło, żebym... żebym...
Leo, błagam! Nie jestem obcym. Nie jestem jakimś gościem, który zabawi się twoimi uczuciami i cię zostawi. To ja, słyszysz? Twój brat. Sam to przed chwilą powiedziałeś.
Wiem, ale... ale już nie jest tak samo, jak kiedyś. Nie widzieliśmy się od ponad trzydziestu lat. Nie mogę ci tak po prostu zaufać. Ja... ja muszę... daj mi trochę czasu, dobrze? — Patrzę wszędzie, tylko nie na niego. Na ściany z wypłowiałą od słońca, żółtą tapetą w różyczki, na podniszczone meble, na niezamiecioną dębową podłogę.
Nie chcesz mówić? Dobrze, ja będę mówił — informuje pewnie Kurt. — I tak zawsze mnie z naszej dwójki lepiej to wychodziło — rzuca jakby do siebie. Poprawia się na siedzeniu i oczyszcza gardło. — Przepraszam. Przepraszam za to, co wtedy powiedziałem. — Chwyta mnie za dłonie.
Zszokowany jego słowami, nawet nie próbuję się wyrywać. Żołądek zaciska mi się w pętlę. Kurt mnie…? On nigdy… on nie...
Wcale tak nie myślę — mówi dobitnie. — Wtedy też tak nie myślałem. Byłem na ciebie zły, okej? Chciałem, żebyś wziął się w garść i przekroczyłem granicę. — Cały drży. — Na bogów, tak strasznie mi przykro. Tak bardzo mi przykro.
Mam całkowitą pustkę w głowie.
Wiesz — kontynuuje, spoglądając mi prosto w oczy — przyszedłem do twojego pokoju następnego ranka. Już cię nie było. Zniknąłeś. Tak po prostu. Chciałem cię szukać, natychmiast pobiegłem do Pierwszego, powiedziałem mu o wszystkim. I wiesz, co mi opowiedział? Daj mu czas. Zostaw go w spokoju. Wróci, kiedy wszystko sobie poukłada. Ale ty nie wróciłeś. Minęło trzydzieści lat, a ty nie wróciłeś. Nie zamierzałeś, prawda? Zostawiłeś mnie, zostawiłeś nas wszystkich. Jakbyśmy nic dla ciebie nie znaczyli.
Milczę.
Nie chcesz mnie tutaj, widzę to. Moja obecność sprawia, że jesteś nerwowy. Wrócę do braci sam. Powiem im, że nie mogłeś przyjechać. Coś wymyślę. Jak zawsze. — Wstaje z kanapy i odwraca się ode mnie.
W ostatniej chwili chwytam go za przedramię.
Jadę z tobą.
* * *
Jest środek nocy. Lecimy już od kilku godzin, a czeka nas jeszcze przesiadka i nocleg w hotelu. Tak dawno nie spałem poza domem, praktycznie od czasu przeniesienia się do Florencji. Minęło też trochę czasu, odkąd podróżowałem samolotem, ale na szczęście udało mi się przyzwyczaić do tych niecodziennych warunków. Ostatecznie jest nawet przyjemnie. Nie ma zbyt wielu pasażerów, w każdym razie nie słychać żadnych rozmów.
Kurt pochrapuje pod oknem, przykryty kocem i skulony w fotelu niczym zwierzątko. Wygląda tak spokojnie. Zupełnie jak nie on.
Nieruchomy brat jest idealnym modelem, dlatego decyduję na chwilę zająć ręce szkicowaniem. Wystarczy jednak kilka pierwszych kresek — okropnych, całkowicie nieudanych kresek — bym w przypływie złości zabazgrał cały wcześniejszy wysiłek. Czarna pustka wyzierająca ze strony denerwuje mnie tak bardzo, że z trzaskiem zamykam szkicownik.
Spoglądam na Kurta w obawie, że moje głupie zachowanie mogło go obudzić, lecz na szczęście tak się nie dzieje. To był zły pomysł. Wpatrywanie się w niego… szkicowanie...
Bracie… ja… ja… — szepczę.
Zniknąłeś.
...byłem taki głupi. Nie powinienem odchodzić, nigdy… Myślałem… myślałem, że mnie nienawidzisz, tylko dlatego… uznałem, że tak będzie lepiej… dla ciebie… dla mnie… myślałem tylko o sobie… samolubny łajdak…
Minęło trzydzieści lat, a ty nie wróciłeś. Nie zamierzałeś, prawda?
To nie tak. To wszystko nie tak. Wasza obecność… to nie było dla mnie dobre…. dlatego… nigdy bym… Wiesz, że jesteście dla mnie najważniejsi… po prostu...
Zostawiłeś mnie, zostawiłeś nas wszystkich.
Nie wiedziałem, że… że tak to widziałeś... wy wszyscy… Nie wiedziałem, że was skrzywdziłem… Jesteście moją rodziną, zawsze nią będziecie… zawsze... Bogowie… ja… zniszczyłem wszystko.... Kurt, proszę…
Jakbyśmy nic dla ciebie nie znaczyli.
Wybacz mi.
* * *
Przez samochodowe okno już z daleka widzę posiadłość. Wracają wspomnienia; obrazy pochodzące jakby z innego życia. Staram się je odegnać i patrzeć na mój dawny dom, jak gdybym widział te mury po raz pierwszy. Muszę, inaczej nie dałbym rady. Kurt i tak co chwila zerka na mnie, jakbym był bombą, gotową w każdej chwili wybuchnąć.
A więc, co widzę? Biały, dwupiętrowy budynek ze spadzistym dachem pokrytym czerwoną dachówką, stojący pośrodku niczego. Z lewej strony w oddali można dojrzeć sylwetki gór, z prawej bezkres morza. Żadnego śladu cywilizacji. To piękne miejsce, bez wątpienia.
Zatrzymujemy się obok rzędu terenówek; przypomina to mały parking, lecz nic w tym dziwnego, w końcu jest nas wszystkich dwunastu. Wysiadamy z jeepa i od razu przechodzą mnie dreszcze — zapomniałem, jak bardzo różnią się Islandia i Włochy.
Mocno zaciskam dłoń na rączce walizki, kierując się w stronę frontowego wejścia. Tak mocno, że aż boli, lecz nie jestem w stanie zwolnić uścisku. Kamienie chrzęszczą pod moimi butami przy każdym opieszałym kroku, jakby wrzeszczały, bym się pospieszył. Nie potrafię iść szybciej, nogi mam jak z waty. Wreszcie, stojąc przed dwuskrzydłowymi drzwiami, łapię za klamkę, lecz nie mogę się zmusić, by ją nacisnąć.
Wszyscy na nas czekają — informuje Kurt, znajdujący się tuż za mną.
Wiem, Kurt. Wiem. Zamykam oczy, przekraczając próg, a kiedy je otwieram… kamienieję.
W półmroku korytarza stoi Pierwszy. Na pozór mógłby wydawać się zwyczajny, w grubym biało-czerwonym swetrze w skandynawskie wzory i jeansach, jednak zaledwie moment wystarcza, bym dostrzegł bijącą od niego niewyobrażalną potęgę, o której każdy z nas niegdyś marzył. Lecz i dawniej, i teraz nie wzbudza ona we mnie strachu, a szacunek. Stoimy, nie spuszczając z siebie wzroku ani na sekundę, jakbyśmy nie chcieli przegapić żadnego szczegółu. I nagle, na jego twarzy pojawia się uśmiech. Szeroki, ojcowski uśmiech, jakim kiedyś nieustannie mnie darzył. Łzy napływają mi do oczu, więc mrugam szybko, by się ich pozbyć. Pełen nadziei, podejmuję decyzję.
Pierwszy rozkłada swe szerokie ramiona w tej samej chwili, w której w nie wpadam.
* ~ *
Wracam z nowym rozdziałem równo miesiąc od poprzedniego. Ma się to wyczucie, co?
No i jak widać na załączonym obrazku, plany się pozmieniały — odpuściłam sztuczne dzielenie rozdziałów na połówki, dlatego ten został pełnoprawną dwójeczką. Dodatkowo wątek Leo zabrał mi więcej czasu antenowego, niż początkowo zakładałam, dlatego też Lena pojawi się dopiero w rozdziale 4 (już według nowej numeracji), a nie w 3. Druga najważniejsza postać w opku, a ja tak się ociągam z przedstawieniem jej. To jest dopiero dobrze prowadzona historia, nie sądzicie? No, ale chyba lepiej późno niż później. 
Jakie wrażenia po rozdziale? Czuliście te emocje, czy przyjęliście wszystkie pokręcone wydarzenia i monologi na zimno? Przyznam się wam, że pisząc je, miałam sporo zabawy. Cóź mogę powiedzieć, zła autorka ze mnie. :) 
A jak podobały się wam w tym rozdziale postacie? Kurt miał tutaj swoje pięć minut, poznaliście też nowych bohaterów — donę Pazzi, Benedettę i Pierwszego. Kto najbardziej przypadł wam do gustu? A jak z samym Leo? Nie przegięłam z nim? Mam nadzieję, że nie. :D
Chciałabym przy okazji pozdrowić moją nieocenioną betę, Condawiramurs, która dopingowała mnie, żebym wreszcie opublikowała ten rozdział i dała multum przydatnych wskazówek, dzięki którym powstało to, co macie przed oczami. Uwierzcie, bez niej nie byłoby tak emocjonalnie. I nie mielibyście zielonego pojęcia, jak wygląda połowa bohaterów. I Leo lewitowałby w przestrzeni swojego umysłu, zamiast chodzić po mieszkaniu. No, sami widzicie, bez bety ani rusz!
Pozdrawiam, Maxine 

9 komentarzy:

  1. Potwierdzam, ze bez Bety ani rusz, bo Maxie jest moją :* i chroni mnie czasem przed nadmierną emocjonalnością :D:D
    luty, jedyny miesiąc, w którym naprawdę są 4 tygodnie, a nie więcej ;p no chyba że rok przestępny :D
    to ja odpiszę na pytania dotyczace bohaterow ;p najbardziej lubię Kurta, tylko że on pojawił się już wcześniej. No to w takim razie powiem tak: najbardziej zainteresował mnie PIerwszy i już teraz uważam, że to musi być niesamowity człowiek. Z pewnościa bardzo dużo wie ;) Lena jest chyba tak samo ważną postacią co Leoś, ale nie ma nic złego w tym, że pojawi się dopiero w czwóreczce. Powiedziałabym wręcz, że może dzięki temu będziemy z większą chęcią czekać na jej pojawienie się ;p
    O Leo to już nie będę pisać :D tyle o nim dyskutowałyśmy. Chłopak musi sie ogarnać, ale kocham jego nieogarnięcie :P jak żyć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda ciągnie w swoją stronę, co tu dużo mówić, a tak przynajmniej trochę się wyrównuje. :D
      Kurt to dla mnie ciekawy przypadek, bo, mimo że go stworzyłam, to jeszcze nie wiem, czy go lubię. Muszę chyba więcej o nim pisać. :P Oj, Pierwszy - już się boję, czy moja kreacja dosięgnie do twoich wyobrażeń, ale na pewno będę się starać. Miło też słyszeć, że nie mam co się spieszyć z Leną. Tyle się widzi rad, że trzeba szybko przedstawić protagonistów, żeby czytelnik się z nimi zżył. Ale weź to pogódź z linią czasową i logiką. :D Lena zdecydowanie jest tak samo ważna jak Leo, żadne z nich nie wysnuwa się w tej materii na prowadzenie.
      Dokładnie. XD Ale można mieć albo ogarniętego Leo, prawdziwego protagonistę, albo tego niedowartościowanego, zagubionego pierdołę. Druga opcja to zdecydowanie więcej zabawy podczas pisania. Żal by było z niej rezygnować. :D

      Usuń
  2. Muszę przyznać, że naprawdę zgrabnie Ci wyszło pokazanie nam Leonarda i naprawdę polubiłam go za jego spokój oraz artystyczną duszę, bo częściowo w nim odnalazłam też siebie - nie licząc malowania, bo u mnie z tym kiepsko - dlatego jak na razie Leo podbił moje serduszko^^
    I prawda, bez bety ani rusz, dlatego cieszę się, że Condawiramurs jest i moją betą na potterowskim opowiadaniu... bez niej bym zatonęła, heh xD
    Co do następnych bohaterów...
    Pani dona Pazzi wydaje się bardzo sympatyczną staruszką... nie bardzo wścibską, jak co poniektóre kobiety w jej wieku, które tylko potrafią narzekać oraz będą siały plotki na prawo i lewo. Donna Pazzi wydaje się zupełnym przeciwieństwem, bo nawet nie pyta Lea, dlaczego musi zniknąć i ogólnie, gdzie musi wyjechać... no i dała ciasteczka na drogę! Ach, cudna ta pani :)
    I teraz najważniejsze... Kurt.
    Chłopak ewidentnie jest przeciwieństwem swojego brata... jest energiczny i pełen życia - przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Więc też nie dziwię się, dlaczego to Kurt zaczął rozmowę i wyjaśnił sytuację, jaka wydarzyła się trzydzieści lat temu. Że przeprosił za swoje słowa, które powiedziane były w złości i ich pożałował... a gdy chciał wcześniej się pogodzić... Leonarda już nie było. Ten wziął wszystko głęboko do serca i postanowił wyjechać...
    To wyznanie w samolocie było naprawdę ujmujące i... ciekawe, czy Kurt słyszał jego słowa?
    I pojawił się Pierwszy. Tylko na chwilę, ale już wyczuć było u niego jego... niesamowitość, że się tak wyrażę :) Wydaje się bardzo w porządku, skoro mimo wieloletniej obecności Lea, przyjął go z otwartymi rękami :)

    Pozdrawiam serdecznie i czekam na dalszy ciąg wydarzeń :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że przepadasz za Leo. Miałam nieco wątpliwości, czy tak, hm..., niecodzienny bohater się spodoba i przy okazji udźwignie tę historię.
      Condawiramurs na prezydenta! :D
      Dona rozumie bardzo dużo i szanuję wolę Leo, nie pytając o nic. Do tego szczerze pogardza plotkarami, więc nawet nie wyobrażałaby sobie wypytywać Leo. Ach, ciasteczka, Leo je uwielbia i nic dziwnego, bo dona świetnie piecze.
      Odniosłaś dobre wrażenie co do Kurta. :D Gdyby on się nie odezwał, Leo pewnie by z nim nie pojechał albo co gorsza, pojechał, ale ich stosunki byłyby dość chłodne.
      Ach, naprawdę dobrze by było, gdyby usłyszał, ale niestety, spał jak zabity. Co z jednej strony miało nawet swoje plusy, bo obawiam się, że nie mógłby długo udawać spania i cały samolot ogarnęłaby porażająca emocjonalność. :D
      Pierwszy, trudno mi o nim opowiadać, bo wciąż ma przede mną tajemnice. Cieszę się jednak, że mimo krótkiego występu, masz o nim dobre zdanie. Czas dla braci, mogę to zapewnić, płynie nieco inaczej niż dla reszty świata, choć może nie sam czas, a jego percepcja, więc dla nic nie minęło go aż tak dużo, jakby nam się wydawało. :P

      Usuń
  3. Mój komentarz będzie krótki, ale mam nadzieję, że dosadnie treściwy.
    Ciekawy pomysł na opowiadanie :) Przeczytałam dziś całość i jestem zaciekawiona. Podoba mi sie to, że używasz przecinków. Dziś trafiłam na kilka blogów, których nie byłam w stanie czytać. A twój "wszedł mi" bardzo lekko. Dobrze piszesz i mam nadzieję, że niedługo będę miała okazję przeczytać kolejny rozdział od Ciebie.
    Niestety nie ocenię nowej odsłony twojej historii, bo jej po prostu nie znam. To, co dotychczas przeczytałam, uważam za ciekawe. Będę tu wracać.
    Serdecznie pozdrawiam i z racji na porę – dobranoc ;)
    Nieznajoma
    http://touchyourfaith.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i cieszę się, że opowiadanie ci się spodobało. :)
      Staram się pisać poprawnie i dobrze jest usłyszeć, że to popłaca. Mam też betę, która pomaga mi w wyłapywaniu ewentualnych błędów, więc na pewno jest lepiej niż gdybym sama się tym zajmowała. ;)
      To chyba dobrze, że nie znasz, bo różnice są spore. :P
      Nowy rozdział planuję opublikować w kwietniu, ale jeszcze nie mam ustalonej daty. ;)

      Usuń
  4. Będę czekać na kolejny rozdział i z pewnością przeczytam :) Ja mimo błędów, które popełniam, chyba nie mogłabym mieć bety. Zawsze odnoszę wrażenie, że taki ktoś chciałby zmienić nie tylko poprawność mojego tekstu, ale też jego treść.
    Tak w sumie, jeśli to nie problem, to mogłabyś mnie jakoś poinformować o nowym rozdziale? Ostatnio jestem trochę zabiegana, a niedługo będę jeszcze bardziej. Nie chcę zorientować się pół roku później, że olaboga, mam amnezję czy coś ;) A ja niestety tak mam.
    Wystarczyłby komentarz pod byle jakim moim postem, albo wiadomość.
    Pozdrawiam
    Nieznajoma
    http://touchyourfaith.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko zależy od osoby, z którą się współpracuje. Bety mogą być pod tym względem bardzo różne i myślę, że mogłabyś znaleźć kogoś, kto zajmowałby się tylko błędami. Mnie akurat innego rodzaju uwagi nie przeszkadzają, a czasem nawet pomagają mi wpaść na lepsze, ciekawsze rozwiązania. :)
      Zawsze mogłabyś zaobserwować bloga, ale właściwie mogę i napisać ci jakiś komentarz. To nie byłby wielki problem. Chyba, że i ja zapomnę, bo też mi się zdarza mieć sklerozę. :P

      Usuń
    2. O! No zobacz, nie zauważyłam tej zakładki! Kurcze, schowałaś ją na samym dole, a tam nie zaglądałam :D
      Ok, to sprawa rozwiązana ;) Obserwuję.

      Usuń

Czytasz - proszę, skomentuj. Dla ciebie to niewiele, ale dla mnie każdy komentarz jest na wagę złota. Zawsze z chęcią odpowiem na pytania i sugestie.