30 kwietnia 2017

Rozdział 3

Wróciłem. Po trzydziestu latach samotnej tułaczki po świecie znów jestem w domu, z rodziną. W uścisku z Pierwszym. Co powinienem zrobić, powiedzieć? Przeprosić? Bogowie, powinienem, tak bardzo powinienem. Myśl, Leo, myśl. Co powiedzieć, co...
Uścisk słabnie. Pierwszy odsuwa się, jednak wciąż czuję ciepło jego rąk na plecach. Nie puszczaj, proszę.
Odchrząkuję, próbuję...
— Dobrze, że jesteś z powrotem, Leo. Brakowało nam cię. — Jego głos koi moje rozgorączkowane serce, niczym chłodny okład.
— Zawsze i wszędzie. — Kurt poklepuje mnie od tyłu po ramieniu.
— Odświeżcie się i przyjdźcie do nas, bracia. Kolacja już gotowa. — Pierwszy oddala się lekkim krokiem w stronę salonu.
Z otwartymi ustami obserwuję, jak znika za podwójnymi drzwiami rzeźbionymi na podobieństwo sceny tańca czterech żywiołów. Nie mogę się powstrzymać i podchodzę do nich, jakbym chciał iść za Pierwszym, ale zamiast tego zatrzymuję się i wodzę palcami po krzywiznach drewna: spienionych falach łączących się z podmuchem wiatru, nieprzewidywalnych płomieniach i grubo ciosanych skałach ziemi. Niezaprzeczalnie jedno z najwspanialszych dzieł Pierwszego, o tak.
Kucam i dotykam małego fragmentu morskiej piany tuż koło zawiasu. Nasze wspólne. Ach, ojcze, jesteś taki dobry. Nie zasługuję na ciebie.
— Leo, no chodź już do tej łazienki — odzywa się Kurt, wciąż stojący kilka kroków za mną, na środku korytarza. — Nie dajmy im na siebie czekać.
— O... oczywiście — odpowiadam, wstając.
Nie zapalamy światła. W półmroku, wytyczoną przez lata ścieżką, idziemy ramię w ramię do końca korytarza i na lewo. Jestem pewien, że nawet w całkowitych ciemnościach trafiłbym na miejsce bez problemu.
Jako pierwszy do środka wchodzi Kurt. Korzystając z chwili samotności, zamykam oczy i głęboko wdycham powietrze. Znajdujemy się niedaleko kuchni, dlatego zapach przygotowanej przez braci uczty jest tu szczególnie intensywny. Zachwycająca mieszanka dań i przypraw z całego świata powala. Oprócz tego w powietrzu unosi się też delikatna woń drewna, starych ksiąg i magii. Pachnie domem.
Kurt, niemiłosiernie skrzypiąc łazienkowymi drzwiami, przerywa moje rozmyślania. Natychmiast otwieram oczy i drapię się w skroń.
— Tylko nie siedź tam przez godzinę, królewno, bo jestem strasznie głodny, a — pociąga nosem — słynny gulasz Dziesiątego czuć aż tutaj. Jeszcze cię zostawię i sam będziesz musiał robić wielkie wejście.
— Wolałbym nie. — Uśmiecham się półgębkiem, po czym zamykam w łazience.
Otacza mnie biel, zgaszony błękit i srebro. Całkowicie zmienili umeblowanie. Naturalnie, że to zrobili, tamto sklejkowe paskudztwo na pewno dawno się rozpadło. Piąty zawsze mówił, że długo nie wytrzyma, nie wiem, czemu Dziesiąty tak się upierał na tamten komplet. Wszyscy się wtedy z niego śmialiśmy. Ach, to były czasy.
W ozdobnym lustrze studiuję swoje odbicie. Wyglądam jakoś obco, dziwnie. Może to kwestia oświetlenia, może klimatu, może nerwów… sam nie wiem.
Wiem za to, że nie mogę tak się pokazać. Muszę zrobić dobre wrażenie. Udowodnić, że nie zmarnowałem tego czasu. Wygładzam ciemnozielony sweter, poprawiam kołnierzyk koszuli. Palcami przeczesuję spuszone od wilgoci włosy i wiążę je gumką. A może powinienem zostawić rozpuszczone? Wtedy takie nosiłem, przed wyjazdem. Może jeśli będę bardziej znajomy, łatwiej zaakceptują… mnie, mój powrót. Zobaczą, że się nie zmieniłem, że wciąż jestem ich Leo. Będzie jak dawniej.
Bzdury. Zmieniłem się, a oni zauważą to od razu, bo nie są ani ślepi, ani głupi. Przejrzą mnie na wylot, przeżują i wyplują. Zmiażdżą oskarżycielskimi spojrzeniami i wyrzucą za drzwi, jak tylko otworzę usta. Przejrzą każde kłamstwo, a nie kłamać byłoby zbrodnią. Nie mogę powiedzieć: „Tak, było mi dobrze bez was. Tak, wcale nie chciałem tu przyjeżdżać. Kochajcie mnie, swojego zdradzieckiego braciszka, bo inaczej znów wam zwieję. Zobaczycie, na co...”
Och, Leo, jesteś genialny. Ge-nial-ny. Znów wyrzucasz sobie wszystko, na co jesteś tylko w stanie wpaść. W ten sposób nigdy stąd nie wyjdziesz. Będziesz siedzieć tutaj do końca świata, układając coraz to gorsze scenariusze. Musisz przestać myśleć. Przestań o tym myśleć, Leo, skup się. Na czymkolwiek. Patrz, kafelki na ścianie. Identyczne jak trzydzieści lat temu. Ten na dole, koło zlewu, wyszczerbiony. Kafelki. Kafelki. Kafelki.
— Wszystko okej? — słyszę zaniepokojony, stłumiony głos Kurta. — O co ci chodzi z tymi kafelkami?
— Co? O nic. Już idę. Chwileczkę.  
Trzymając się obiema rękami zlewu, spuszczam głowę. Wdech, wydech. Ogarnij się, Leo. Masz tutaj wszystko, czego ci trzeba. Użyj tego.
Odkręcam kurki i zanurzam dłonie w strumieniu ciepłej wody; pozwalam się porwać jej nurtowi, wsłuchać w uspokajający szum. Nucę starą pieśń, przemywając z namaszczeniem twarz oraz dłonie. Mogę to zrobić. Zrobię to. Wyjdę i zjem kolację z moimi braćmi. Dam sobie radę.
Tylko czy oni...
— Kurt?
— Tak?
— Myślisz… myślisz, że mi wybaczą?
— Co takiego?
— No wiesz… moje odejście. To...
— Głupota — przerywa mi. — Nie mają czego ci wybaczać — stwierdza ostro. — Wszyscy odchodziliśmy na jakiś czas podładować baterie. Nie było cię przez trzydzieści lat. Wielkie rzeczy. Dziewiątego nie było ponad pięćdziesiąt i nikt nawet nie mrugnął.
— Ale wiesz, wtedy było inaczej. Itri nie uciekł. Pisał do nas listy, przysyłał paczki. I… No wiesz, wiedzieliśmy, że nic mu nie jest, że tylko potrzebuje trochę czasu dla siebie i wróci.
— Ty też wróciłeś.
— To co innego. Pojechałeś po mnie. W innym wypadku… — urywam.
— Wróciłbyś — odpowiada pewnie. — W końcu. Wiem, że byś wrócił. Wszyscy to wiemy, dlatego będzie dobrze. Chodź już, jedzenie stygnie.
Wróciłbym? Naprawdę? Masz o mnie za wysokie mniemanie, bracie. Zbytnio polubiłem tamto życie. Takie zwyczajne, takie nieskomplikowane, takie…
— Idziesz, czy mam wyważyć drzwi i cię tam zanieść?
Chcę już złapać klamkę, ale dostrzegam, że wciąż mam mokre dłonie. Kurczę, gdzie są ręczniki? Dlaczego nie ma ręcznika, przecież Kurt powinien...?
Rozglądam się dookoła i niechcący strącam z półki pusty kosz na pranie. Łapię go w ostatniej chwili, ale i tak robię mnóstwo hałasu.
— Leo?
Gdzie jesteście, piekielne ręczniki? Rozglądam się szaleńczo na wszystkie strony niewielkiego pomieszczenia.
Już wiem, górna szafka! Proszę, bądźcie tam! Są!
— Idę!  — Pospiesznie wycieram ręce i pędem wychodzę z łazienki.
Kurt czeka oparty o ścianę, z szelmowskim uśmieszkiem kręcąc głową. Gdy zrównujemy krok, klepie mnie w plecy.
— Braciszku, wszystko będzie dobrze, zobaczysz.  
— Oczywiście.
* * *
Kiedy stajemy obok siebie pod drzwiami, Kurt spogląda na mnie z góry i pyta:
— Nie zapomniałeś o czymś?
Patrzę na niego ze zdziwieniem, kiedy wyciąga coś z kieszeni spodni. Otwiera zaciśniętą pięść niemal przed samym moim nosem. Okazuje się, że trzyma pierścień braci.
Mój pierścień.
— Skąd...? Miałeś go przez cały ten czas?
— Trzeba było go nie zostawiać byle gdzie, to nie musiałbym się nim zajmować — stwierdza z rozbawieniem.
— Naprawdę uważasz, że to dobry pomysł?
— Jesteś bratem czy nie?
Milczę.
— Nawet mnie nie denerwuj. — Daje mi sójkę w bok. — Wkładaj.
Ostrożnie biorę pierścień i przez moment ważę go w dłoni. Jest dużo lżejszy, niż zapamiętałem, lecz bez wątpienia wciąż ciężki jak na biżuterię. Wykonany z ciemnego, wytrzymałego metalu z wetkniętym na środku przezroczystym, sześciokątnym kamieniem, którego drobne, jasne żyłki układają się na kształt błyskawic. W pierwszej chwili zdumiewa mnie jego chłód, lecz później zdaję sobie sprawę, że kryształ nie został naładowany. Po wewnętrznej stronie odczytuję grawerunek: liczba dwanaście zapisana w dawno zapomnianym alfabecie. Jego widok przywołuje wspomnienia, wiele wspomnień... Jednak nie czas teraz na to. Zakładam pierścień na serdeczny palec lewej dłoni, a wtedy Kurt uśmiecha się i stwierdza:
— No, teraz możemy zrobić wielkie wejście. — Otwiera szeroko oba skrzydła drzwi prowadzących do salonu, wypina pierś i wchodzi niczym król do swojego pałacu.
Kryję się w jego cieniu, instynktownie kurcząc się w sobie i patrząc w podłogę, dopóki nie przejdziemy do samego końca salonu i nie zajmiemy ostatnich dwóch wolnych krzeseł. Wtedy zamieniam widok sosnowego drewna podłogi na dębowe drewno stołu i śnieżnobiałą zastawę. Kurt szturcha mnie niemal niezauważalnie w ramię. Podnoszę głowę.
Siedzący naprzeciwko Pierwszy posyła mi pokrzepiający uśmiech, lecz zamiast pocieszenia czuję żółć podchodzącą do gardła. Przez te wszystkie lata przy każdym śniadaniu, obiedzie i kolacji widział puste krzesło. Jak może teraz patrzeć na mnie i nie czuć złości ani rozczarowania?
Spoglądam dalej. Stół prezentuje się nienagannie: srebrne sztućce są wypolerowane na błysk, dania parują i rozsiewają fantastyczne zapachy, a wysokie świece rozjaśniają całość ciepłym blaskiem.
Większość braci — niektórzy zupełnie się zmienili od lat osiemdziesiątych i przejęli bardziej stonowaną, nowoczesną modę, jak Kurt — przybiera nieodgadnione miny, jednak Czwarty i Dziesiąty witają mnie delikatnym skinieniem, a Dziewiąty nawet puszcza oczko. Może nie będzie tak źle?
Pierwszy wstaje i momentalnie skupia tym na sobie naszą uwagę.
— Serdecznie witam wszystkich zebranych. Zgromadziliśmy się tutaj, albowiem wierzę, że nasze dzieło się rozpoczęło i czas powziąć odpowiednie kroki, by je wypełnić — oznajmia uroczyście. — Lecz o zadaniu porozmawiamy jutro, kiedy wszyscy będziemy wypoczęci i w pełni sił. Teraz radujmy się, gdyż nasz ukochany, najmłodszy brat, Leo, powrócił, by wraz z nami odszukać Trzynastego. Wypijmy więc za niego i ponowne zjednoczenie naszej rodziny. — Wznosi napełniony czerwonym winem kielich.
Wstaję w pośpiechu i unoszę swój, lecz gdy Pierwszy zamiast kontynuować, patrzy znacząco gdzieś w lewo, dostrzegam, że kilku z braci wciąż siedzi. Przekaz nie mógłby być jaśniejszy. Nie chcą mnie tu. Wiedziałem, że poszło zbyt dobrze, zbyt łatwo. Oto prawda. Nie wybaczyli mi. Nie wszyscy. Gromiący wzrok Pierwszego łamie ich wolę, aż po kolei wszyscy dołączają się do toastu. Ostatni z nich, Siódmy, z lodowatą wściekłością wypisaną na twarzy obsesyjnie unika patrzenia w moją stronę.
— Zdrowie! — rzuca Kurt, przełamując ciszę.
— Zdrowie — powtarzają głosy. Jedne beznamiętnie, drugie niepewnie, inne wręcz ze złością.
Wychylamy zawartość kielichów i na powrót zajmujemy miejsca. Ręka tak mi się trzęsie, że rozlewam nieco wina na stół. Kurt natychmiast rzuca się po serwetkę i rzuca w moim kierunku uspokajający uśmiech.
W ruch idą sztućce, półmiski i szklanki. Co chwilę coś stuka, puka czy przelewa się, jednak nie słychać żadnych rozmów. To przeze mnie. Czuję na sobie ciężkie spojrzenia; oczy braci nie przestają śledzić moich ruchów. Nie mogę sięgnąć nawet po kromkę chleba; jestem jak sparaliżowany.
— Spróbuj zupy. Jest wyborna — zachęca Kurt.
— Może później — odpowiadam drżącym głosem. Moje słowa wydają się niesamowicie głośne, jakbym mówił przez tubę. Jakbym krzyczał.
— Leo, a może opowiedziałbyś nam o swoich poczynaniach, kiedy cię nie było? — pyta Pierwszy.
— Am... ja… — mocno zaciskam pod stołem dłonie — naprawdę nie ma o czym opowiadać. Ja... hm... mieszkałem ostatnio we Florencji.
— Ach, to jedno z twoich ulubionych miast, o ile mnie pamięć nie myli. Cieszę się, że znalazłeś sobie przyjemne miejsce na przemyślenia — stwierdza Pierwszy z uśmiechem.
— Całkiem nieźle się tam urządził — dodaje Kurt, po czym zwraca się do mnie: — Uwiłeś sobie tam przytulne gniazdko.
— T... tak, chyba tak.
— Mam nadzieję, że przywiozłeś nam jakieś prezenty — rzuca Dziewiąty, wskazując na mnie widelcem. — Inaczej nie masz co liczyć na deser.
— Ja… wiecie… nie pomyślałem…
— Spokojnie, Leo, tylko żartowałem — uspokaja Itri, śmiejąc się, i zanurza widelec w soczystym sznyclu.
— R… racja.
— Komuś jeszcze gulaszu? — pyta niepewnie Dziesiąty.
— Poproszę — odpowiada Ósmy. — Dzisiaj wyszedł ci wyjątkowo… — nie zdąża dokończyć, gdyż pełen furii Siódmy wchodzi mu w słowo:
— Naprawdę zamierzacie zachowywać się, jakby on właśnie wrócił z wakacji?! To pierdolony zdrajca!
W salonie następuje całkowita cisza. Nikt nie śmie nawet mrugnąć.
— Ghalib, przestań — zabiera głos Czwarty. — Twój brat wrócił do nas i powinieneś się tym cieszyć.
— Nie mam zamiaru. — Siódmy krzyżuje ręce. — Gdybym tylko mógł, on skończyłby...
— Zastanów się, czy naprawdę chcesz to powiedzieć. — Czwarty radzi ze spokojem. — Są słowa, których nie można cofnąć.
— Dobrze. — Ciemne brwi Ghaliba niemal stykają się ze sobą. — Nic nie powiem, ale nie będę siedział z nim przy jednym stole! — rzuca nóż z brzękiem na talerz i gwałtownie wstaje, mierząc mnie pogardliwie wzrokiem.
— Ja też nie. — Słyszę melodyjny głos Szóstego i szuranie jego krzesła, a chwilę potem jeszcze jednego, należącego do Piątego.
— Prz... przestańcie — wyciągam w ich stronę rękę, podnosząc się nieco z krzesła, gdy są już przy drzwiach. — Ja... ja wyjdę. Dokończcie kolację.
— Łaskawca się znalazł! — stwierdza z przesadą Piąty, żywo gestykulując. — I co zrobisz? Znowu uciekniesz? Wygląda na to, że tylko to potrafisz.
— Zdradziecki pies — wtrąca Ghalib.
— Miałbyś na tyle honoru, żeby się tu nie pokazywać — dodaje Szósty, mrużąc wąskie oczy i wracając spod drzwi w okolice stołu, a reszta podąża za nim.
— Bracia. Wasze zachowanie jest niedopuszczalne — upomina ponownie Czwarty, poczerwieniały z oburzenia na twarzy. — Ta kolacja...
— Zamilcz, Diego. Nikt nie chce teraz słuchać twoich mądrości — rzuca Piąty.
— A może nikt nie chce słuchać waszych podłości, co?! — Kurt wstaje i uderza pięścią w stół. — Wiecie chociaż, co mówicie, czy już całkiem zrobaczywiały wam mózgi?
— Jedenasty! — Ghalib unosi ręce ze śmiechem i przyklaskuje. — Czekałem, aż się wreszcie odezwiesz. Prawdę mówiąc, coś długo ci to zajęło. Ćwiczysz cierpliwość? A może już tak bardzo ci nie zależy na braciszku, jak to wszystkim wmawiasz, hę?
— Jak śmiesz?!
Całkowicie zasycha mi w gardle; nie mogę wydusić ani słowa.
Przestańcie, proszę!
— Zawsze musisz go bronić, prawda? Zachowujesz się jak ślepiec. Twój ukochany Leo wyparł się ciebie, a ty co? Bronisz tego zasrańca. — Siódmy nie przestaje się uśmiechać. — Jesteś jeszcze większym głupcem od niego.
To wszystko moja wina! Kurt, nie słuchaj go! Odpuść! Zrobię wszystko, tylko przestańcie się kłócić!
— Zamknij mordę, Ghalib, bo ci ją przefasonuję!
— Spróbuj, a skończysz tak, że własna matka cię nie pozna. A tak, ty nie masz matki!
O nie!!!
— Rozpierdolę cię! — Kurt wywraca z hukiem krzesło i pędzi w stronę Ghaliba.
Moja wyciągnięta ręka zawisa nędznie w powietrzu, nie zdążając go pochwycić. Szczęśliwie, w ostatniej chwili Dziesiąty zastępuje mu drogę.
— Ji, przepuść mnie!
— On nie jest tego wart, Kurt — mówi ściszonym głosem.
— Ji-Yeong, ty podły lisie! Pozwól Kurcikowi przekonać się, kto tutaj jest niczego niewart — rzuca Ghalib, unosząc pięści. Stuka nimi nad głową, a kiedy je rozłącza, sypią się z nich iskry elektryczności.
Kurt natychmiast zręcznie wymija Ji i unosi prawą dłoń do twarzy. Między rozczapierzonymi palcami przemykają błyski prądu, gotowe do wystrzelenia w każdej chwili.
— Zobaczyłem wystarczająco — odzywa się Pierwszy ze stoickim spokojem, a wszystkie oczy zwracają się w jego stronę. — Teraz wszyscy się uspokoicie, wrócicie do stołu i dokończycie kolację, jak na cywilizowanych elementalistów przystało.
Ghalib i reszta niechętnie siadają na swoje miejsca. Bracia znów jedzą w perfekcyjnej ciszy, choć teraz, w przeciwieństwie do początku uczty, powietrze można by kroić nożem, tak nasiąkło negatywnymi emocjami. Mój talerz, mimo tysiąca natrętnych spojrzeń Kurta, pozostaje czysty.
* * *
Siedzę po turecku w poprzek starego, sprężynowego łóżka pościelonego bladoniebieską, pikowaną kapą i wpatruję się pustym wzrokiem w białą ścianę. Zniknęły z niej jaśniejsze prostokąty po zdjętych przeze mnie obrazach, więc mimo że bracia zostawili wszystko dokładnie tak, jak w dzień mojej ucieczki, to jednak zadbali, by ten pokój nie zmarniał.
Kiedy tu wszedłem, nie zauważyłem ani jednego unoszącego się pyłku, a powietrze było tak samo czyste i świeże, jak w całym domu. Nawet zawiasy w szafie nie zaskrzypiały, gdy wkładałem do niej tych kilka sztuk ubrań, które ze sobą przywiozłem.
Bracia nie doprowadziliby zakurzonego od lat pomieszczenia do stanu używalności w pięć minut. Nie zrobili również z niego kolejnego składowiska książek, choć byłoby to o wiele praktyczniejszym rozwiązaniem niż zostawienie pokoju pustego. Cały czas musieli mieć nadzieję na mój powrót… Nawet nie wiem, co o tym sądzić.
Jakie to teraz ma właściwie znaczenie? Zawiodłem.
Co ja sobie właściwie myślałem, przyjeżdżając tu? Że wszyscy przywitają mnie z otwartymi ramionami? To szaleństwo. Nie byłem aż tak naiwny, żeby w to uwierzyć, prawda? Prawda?
Powinienem stąd wyjechać i wrócić do Włoch. Natychmiast. Nie mogę znieść tego, że wciągnąłem w tę wojnę Kurta. Innych braci też. Przeze mnie nastąpił rozłam, na tych, którzy chcą, żeby Leo trafił do piekła, oraz tych, którzy jeszcze się wahają. Choć teraz pewnie już przejrzeli na oczy i zobaczyli, jak bezwartościowym śmieciem jestem.
Wyciągam spod łóżka pustą walizkę, po czym otwieram ją na łóżku. Tak będzie najlepiej. Dla nas wszystkich.
Po kolei, z należytą precyzją, pakuję swoje rzeczy. Kiedy kończę, z powrotem siadam, chowając twarz w dłoniach. To wszystko jest bez sensu.  
Pukanie do drzwi. Nie otworzę. Czy to ty, Ghalibie? Chcesz mnie zgnieść na miazgę? W takim razie drzwi nie powinny być dla ciebie problemem. Śmiało, poszatkuj mnie, może znajdziesz jakąś część, która nie jest na wskroś zepsuta i zostawisz sobie na pamiątkę?
Znowu stukanie. Czyli to nie on. Kurt? Nie, słyszę jego nerwowe kroki za ścianą. Więc kto?
— Leo, proszę, otwórz. Chciałbym z tobą porozmawiać.
Pierwszy. Zrywam się z łóżka i przekręcam klucz w zamku.
— Przepraszam, myślałem...
Pierwszy unosi rękę, wchodząc do środka. Nie muszę się tłumaczyć, oczywiście.
— Nic nie zjadłeś podczas kolacji. Musisz być bardzo głodny. — Podaje mi talerz pełen kanapek.
— Prawdę mówiąc, niezbyt, ale doceniam starania, naprawdę. — Biorę go i odstawiam na biurku. Nie sądzę, bym mógł cokolwiek przełknąć ze ściśniętym żołądkiem.
— Chcesz wyjechać — stwierdza, spoglądając na spakowaną walizkę.
— Przepraszam. Za całe zamieszanie, za kłótnię… za wszystko. Nie chcę dłużej sprawiać problemu. — Przenoszę wzrok z jego postawnej sylwetki na własne pantofle.
— Bracie, o czym ty mówisz? Jesteś naszą rodziną, nie problemem. Spędziłeś z nami jeden wieczór i chcesz nas opuścić, bo nie wszystko poszło tak, jak się spodziewałeś? Leo, którego znam, nie poddałby się tak łatwo.
— Nie jestem już tym samym Leo, zmieniłem się. Na gorsze, jak widać. — Siadam na łóżku, po czym podpieram głowę na dłoniach.
Pierwszy dosiada się obok, a stare sprężyny zapadają się oraz trzeszczą niebezpiecznie pod naszym wspólnym ciężarem. Gdy tylko unoszę głowę, Pierwszy wykorzystuje moment i nie pozwala mi już uciec od jego spojrzenia. Krystalicznie czyste, zielononiebieskie tęczówki przypominają barwą morze, przypominając dom i działając na mnie uspokajająco.
— Zmieniłeś się, to fakt, ale nie tak bardzo, jak sądzisz. I na pewno nie na gorsze. Ani na lepsze. Zwyczajnie na inne — stwierdza pokrzepiającym tonem.
Kręcę głową.
— Nie jestem pewien, czy podoba mi się ta zmiana. Ghalibowi na pewno nie.
— Przykro mi, że musiałeś być świadkiem tej sceny. Powinienem to przerwać od razu, a jednak naiwnie założyłem, że Siódmy wykaże się większą mądrością i będzie wiedział, gdzie jest granica dobrego smaku.
— To nic. — Macham ręką. — Dziękuję, że nie pozwoliłeś mu skrzywdzić Kurta. Ja potrafiłem tylko stać i patrzeć. Gdyby nie ty, Ghalib.... — nie kończę.
— Siódmy może i jest porywczy, ale nigdy nie podniósłby ręki na brata z nikczemnym zamiarem, czyżbyś już zapomniał? Właściwie to liczył, że przerwę mu ten jakże emocjonujący pokaz, zanim doszłoby do starcia.
Wyprostowuję się jak struna i szeroko otwartymi oczami wpatruję się w Pierwszego.
— Nie rozumiem.
— To był test. Ghalib sprawdzał twoją lojalność. Był ciekawy, czy przyjdziesz Kurtowi z pomocą.
Co takiego?! Ustawił to wszystko? Ale… ale…
— W takim razie nie zdałem.
— W oczach Ghaliba nie. Jego interesują wyłącznie czyny.
— A w twoich? — Nachylam się do przodu i gdy tylko włosy zasłaniają mi widok, zakładam je za ucho, by z każdym szczegółem móc widzieć reakcję Pierwszego. — Myślisz, że jest jeszcze dla mnie szansa?
— Z całą pewnością — odpowiada głośno i wyraźnie. Nie zauważam ani krzty fałszu na jego pociągłej twarzy. — Widziałem twoją walkę. Niełatwo ci było patrzeć na rozłam wśród braci, nawet tak niewielki jak kłótnia, których przecież odbyliśmy w przeszłości tysiące. — Przez chwilę widzę u niego cień uśmiechu i nieobecny wzrok, jakby zagłębił się myślami we wspomnieniach, lecz zaraz wraca do teraźniejszości i kontynuuje: — To dobry znak, ale masz jeszcze przed sobą długą drogę. — Unosi palec wskazujący.  
— Ach, tak.
— Nie jestem pewien, czy zdajesz sobie z tego w pełni sprawę, ale Kurtowi bardzo na tobie zależy. — Uśmiecha się ciepło. — To on koniecznie chciał cię tutaj dziś przywieźć. Był tak przekonujący, że mu uległem, a wiesz, jak rzadko zmieniam zdanie.
— Nie chciałeś, żebym przyjeżdżał?
— Nie sądziłem, że jesteś gotowy na powrót — klaryfikuje. — Zamierzałem dać ci jeszcze kilka kolejnych lat na kontemplację. Naturalnie, gdybyśmy nie odnaleźli Trzynastego.
— Oczywiście, to zrozumiałe. Choć gdyby się okazało, że stałoby się to już jutro, obawiam się, że na niewiele bym się przydał. — Spoglądam na swoje dłonie.
— Twój stan bardzo mnie martwi. — Najstarszy marszczy jasne brwi ze smutkiem, przyglądając się mojej twarzy. — Nie powinieneś tak długo zwlekać z odnowieniem zapasów energii, to niebezpieczne.
— Jestem w stanie wytrzymać jeszcze kilka tygodni, wiem to — mówię pewnie. — Żyję w ten sposób już od jakiegoś czasu.
— Bez magii — zauważa Pierwszy z jeszcze większym żalem. Na otwartej dłoni tańczą mu miniaturowe ogniki, które znikają, gdy ją zaciska.
— Bez magii — przyznaję. — Korzystanie z niej znacznie szybciej zużywa zasoby. Tym razem udało mi się przeżyć ponad trzy lata, nie musząc… — nie kończę.
— Tak. To niełatwe dla nas wszystkich. Jeżeli jednak zechcesz dołączyć do poszukiwań, będziesz musiał zrobić to, co należy. Nie pomożesz braciom, będąc dla nich ciężarem.
— Wiem, tylko — przecieram dłonią czoło — boję się, że powrót, korzystanie z magii, misja… że to zniweczy wszystko, co osiągnąłem przez te samotne lata. Co, jeśli stanę się taki, jak przedtem? Samolubny, bezwzględny… zagubiony.
— Musisz wierzyć, że tak się nie stanie. Pilnować, żeby tak się nie stało — dodaje nieco ostrzej. — A gdybyś tylko miał choćby i chwilę zwątpienia, zawsze możesz ze mną porozmawiać. Wystarczy, że zadzwonisz. Odbiorę o każdej porze dnia i nocy — zapewnia. — Nie martw się, że mi w czymś przeszkodzisz — mówi, patrząc mi głęboko w oczy, a kiedy przerywamy kontakt wzrokowy, stwierdza pogodnie: — Wiesz, telefon to iście zacny wynalazek. Wszyscy już je mamy, nawet Bhima.
Czuję, jak pieką mnie policzki. Drapię się w skroń.
— Nie masz telefonu? — Pierwszy bezbłędnie interpretuje moje zachowanie. — To nic, jutro ci jakiś znajdziemy. Mamy kilka zapasowych, jeszcze nie wszyscy sprawnie się nimi posługują. Ósmy pokaże ci, co i jak. W ostatnich latach bardzo zainteresował się technologią.
— Tyle dla mnie robisz. Nawet nie wiem, jak ci się odwdzięczyć. Mam tylko tę książkę. — Wyciągam się w stronę biurka stojącego tuż obok łóżka i kładę ją sobie na kolanach. Ma zniszczoną, brązową okładkę, ale poza tym jest w bardzo dobrym stanie. —  To pierwsze wydanie. Gdy tylko pojawiła się w pobliskim antykwariacie, od razu wiedziałem, że jej tam nie zostawię. Powinienem ci ją wysłać wiele lat temu pocztą, ale nie mogłem zebrać się na odwagę. — Podaję książkę Pierwszemu.
— Ważne, że dajesz mi ją teraz. Nie martw się o przeszłość, Leo. Jej nie można już odmienić. Martw się o przyszłość. — Opierając się o metalową ramę łóżka, najstarszy z braci wstaje, a ja zaraz po nim. Idzie do drzwi, i gdy już je otwiera, przystaje w progu i mówi: — Jeżeli chcesz mi się odwdzięczyć, zostań na jutrzejszej odprawie. Cokolwiek później postanowisz, uszanujemy to.
— Dobrze, zostanę.
— Dobranoc, Leo.
— Dobranoc.
* * *
Zostało nieco ponad pół godziny do zebrania, lecz zamiast się na nie szykować, stoję pod drzwiami sypialni Kurta i boję się zapukać. Zapewne nie chce mnie widzieć; ma do tego pełne prawo. Łudziłem się, że przyjdzie porozmawiać, wykrzyczeć się, ale tego nie zrobił. Nie słyszałem też, aby rano wychodził z pokoju.
Sam przemknąłem wtedy jak złodziej do łazienki, starając się spędzić tam możliwie najmniej czasu, a na śniadanie zjadłem kanapki przyniesione wczoraj przez Pierwszego. Nie chciałem natknąć się w kuchni na Ghaliba, Eugene’a albo Fena. Dość się wczoraj od nich nasłuchałem. Jeśli ta sytuacja powtórzyłaby się i dzisiaj, nie sądzę, bym mógł zebrać się w sobie i zasiąść z nimi przy jednym stole. Gdyby nie rozmowa z Pierwszym, na pewno bym tego nie zrobił, i bez świadomości, że usłyszę więcej kolejnych gorzkich słów. Co z tego, że Ghalib mnie testował i tak naprawdę nie był zagrożeniem, jeżeli nie potrafiłem stanąć po stronie Kurta? Co z tego, że to była próba, skoro zarzuty wobec mnie wciąż były prawdziwe? Co z tego, że zranili moje uczucia, jeśli zranili nie tylko mnie?
Kurt nigdy nie powinien stać się tutaj ofiarą. Zaczepki Ghaliba były podłe i powinienem je przerwać. Zamiast tego pokazałem najgorszą stronę mojego nowego wcielenia — kompletną niemoc. A teraz robię to samo, stojąc tu, licząc, że problem sam się rozwiąże, że nie będę musiał zapukać i Kurt przypadkiem otworzy drzwi albo ktoś będzie przechodził korytarzem i powie, żebym zszedł już do salonu.
Leo, weź się w garść i po prostu to zrób. Po to tu przyszedłeś, tak?
Unoszę trzęsącą się pięść do drzwi. No dalej! Głęboko wdycham powietrze i stukam. Przymierzam się do kolejnej próby, lecz słyszę przez drzwi cichy głos:
— Wejdź.
Delikatnie naciskam klamkę i wchodzę do środka. Kurt leży na łóżku z rękami podłożonymi pod głowę; nie patrzy na mnie, tylko gdzieś wyżej. Zatrzymuję się kilka kroków za drzwiami, nie wiedząc, co zrobić i dopiero po chwili niezręcznej ciszy decyduję się odezwać:
— Jesteś na mnie zły, prawda? — Jak tylko kończę mówić, już wiem, jak głupio to brzmi.
— Zły? Nie! Dlaczego miałbym być zły? — Kurt niespodziewanie zrywa się z łóżka. — To była wina tego głupkowatego Ghaliba, nie ciebie. Nie, nie jestem zły. — Odwraca się na pięcie i idzie pod okno. Stojąc do mnie tyłem, z rękami trzymanymi za sobą, i wpatrując się w dalekie góry, przyznaje z trudem: — Jestem zawiedziony. — Czochra swoją perfekcyjnie ułożoną fryzurę tak, że każdy z jego czarnych włosów staje w inną stronę. — Trochę. Nie mogłem od ciebie wymagać, żebyś przeskoczył przez stół i trzasnął Ghaliba lewym sierpowym, by się zamknął. Pewnie, że nie. Ale kiedy wspomniał o mojej matce, myślałem, że powiesz: „Dość, wystarczy tego“, „Zamknij jadaczkę, Siódmy” albo chociaż „Stop”. Cokolwiek. To nawet nie musiało zadziałać; wystarczyłoby, bym wiedział, że jesteś po mojej stronie.
— Jestem najgorszym bratem na świecie — odpowiadam drżącym głosem, patrząc w sufit. — Przyjechałeś po mnie, przywiozłeś tutaj, a ja tak ci się odwdzięczam. Po prostu nie potrafię już… Nie, to tylko nędzne wymówki — rzucam z nagłą irytacją. — Nie zasługuję, by nazywać się twoim bratem — oświadczam. — Możesz zrobić ze mną, co tylko chcesz.
Kurt odwraca się w moją stronę z uniesionymi brwiami.
— Cokolwiek?
— Cokolwiek. — Rozkładam ramiona i zamykam oczy. Słyszę własne, szybkie bicie serca i jego długie kroki.
Nie mija nawet pięć sekund, jak Kurt chwyta mnie powyżej pasa, zaciskając ręce tak mocno, że tylko cudem nie słyszę trzasku łamanych żeber. Gdy już prawie nie mogę złapać tchu, szepcze mi do ucha:
— Nigdy więcej tego nie rób. Masz stać u mojego boku, wspierać mnie, już zawsze. Zrozumiałeś? Nie zostawiaj mnie samego.
Oddaję uścisk, równie mocno jak on, i odpowiadam:
— Obiecuję.
Kurt puszcza mnie, odchrząkuje i patrząc gdzieś w bok, stwierdza najzwyczajniej na świecie:
— Lepiej już chodźmy, bo się spóźnimy.
* * *
Oczywiście nie spóźniamy się; gdy docieramy do salonu, brakuje jeszcze połowy braci, w tym trójki najstarszych oraz Ghaliba i jego popleczników. Czekając na nich, wpatruję się bezmyślnie w zegar wiszący tuż nad ogromną mapą świata, zajmującą niemal połowę ściany.
Salon został już wcześniej odpowiednio zaopatrzony, więc nie musimy martwić się przygotowaniami. Każdy z nas ma przed sobą taki sam czarny notatnik, w którym od teraz będzie zapisywać postępy poszukiwań. Na środku stołu, zamiast dań leżą księgi, papiery i zwoje, różnorakie kryształy oraz starożytne artefakty, a także dzbany z wodą i ozdobne szklanki dla najwytrwalszych mówców.
Inni bracia w oczekiwaniu dyskutują ze sobą, lecz nie próbują do mnie zagadywać — pewnie wolą, bym sam zaczął rozmowę, ja natomiast nie mam pojęcia, o czym mógłbym z nimi pogawędzić. Nie było mnie tak długo, że każda sprawa, o której miałem jakiekolwiek pojęcie, już dawno się przedawniła, a pytania dotyczące zdrowia czy samopoczucia wydają się bezsensowne. Kurt natomiast nie próżnuje pod tym względem i z dziecięcą łatwością zaczyna opowiadać żarty, kiedy dla wszystkich staje się jasne, że trochę tu sobie posiedzimy.
Ostatecznie po około piętnastu minutach pojawia się reszta braci, wchodząc jeden po drugim do salonu. Gdy tylko zasiadają na swoich miejscach, odprawę czas zacząć.   
— Bracia, zebraliśmy się tutaj z jednego powodu — ogłasza uroczyście Pierwszy, jako jedyny wciąż stojący za swoim krzesłem. —  Kilka dni temu każdy z nas poczuł, że nowy Trzynasty został powołany do życia i napełniło to radością nasze serca. — Najstarszy recytuje dobrze znaną formułę, lecz robi to z taką pasją, że wszyscy słuchamy go jak zaklęci: — Odnajdźmy go i włączymy w nasze szeregi, by stał się jednym z nas i pomógł nam wrócić do domu. Nasz nowy brat jest samotny i zagubiony. Nie pozwólmy, by i tym razem taki pozostał. Uratujmy go, nim będzie za późno.
— Tak jest! — Bracia odpowiadają chórem, ja natomiast zdobywam się jedynie na wyznanie tylko nieco głośniejsze od szeptu. Nie jestem jeszcze pewien, co zrobię po odprawie, i nie chcę dawać nikomu złudnej nadziei.
— Przejdźmy zatem do konkretów — kontynuuje Pierwszy, biorąc do ręki jedną z leżących koło niego kartek i podchodząc przed mapę. — Hideyoshi dzięki swoim technicznym sztuczkom dowiedział się, w jakich lokalizacjach w nocy z trzynastego na czternastego zaobserwowano burze. Niestety nie jest to dla nas tak duża wskazówka, jakbyśmy chcieli. Okazało się, że takich miejsc na całym świecie było niezwykle wiele. — Posługując się listą, zaczyna przypinać pinezki na mapie. Trwa to wyjątkowo długo; do tego stopnia, że Ósmy i Dziesiąty przychodzą mu z pomocą.
— To prawie sześćset różnych miejsc! — zauważa Ji-Yeong, gdy wszystkie znaczniki zostają zatknięte. Większość z nich znajduje się na terenach Europy Południowej, Turcji oraz Australii i okolicznych wysp.
— Dokładnie pięćset osiemdziesiąt dziewięć — uściśla Ósmy siedzący już z powrotem na swoim miejscu.
— Na bogów! Nawet z tak dokładnymi danymi przeszukanie wszystkich obszarów zajmie nam długie miesiące! — niepokoi się Czwarty. — Czy naprawdę sądzisz, że tym razem nam się uda, Alexandrze?
— Musimy mieć nadzieję, bracie — odpowiada Pierwszy. — Nie pozostaje nam nic innego, jak zawierzyć, że Trzynasty wytrzyma wystarczająco długo, byśmy zdążyli go odnaleźć.
— Dlatego nie zwlekajmy ani chwili. Podzielmy się po równo miejscami i ruszajmy w drogę! — rzuca Piąty.
— Spokojnie, Eugene — poleca mu Pierwszy. — Musimy przedyskutować jeszcze parę ważnych kwestii. A co ważniejsze, przypomnieć zasady. Casparze?
Trzeci odchrząkuje, po czym wstaje i chodząc przed mapą w tę i z powrotem, zaczyna wywód:
— Pamiętajcie, że moc Trzynastego jest bardzo niestabilna i najprawdopodobniej, gdy go odnajdziecie, nie będzie w stanie jej kontrolować. Pierwszym, co powinniście zrobić, to pomóc mu w odzyskaniu równowagi, ale zachowujcie przy tym szczególną ostrożność.
— Czy musisz za każdym razem powtarzać to samo? — wtrąca Szósty. — Nie pierwszy raz wyruszamy na poszukiwania. Wiemy, co mamy robić!
Kilku braci kiwa głowami. Trzeci wzdycha przeciągle, łapiąc się za grzbiet nosa i zamykając ciemnozielone oczy. Dopiero po chwili podejmuje na nowo:
— Może wydawać wam się, że wszystko wiecie, że jesteście nieomylni i niezwyciężeni. To błąd. Przez to stajecie się aroganccy. Nieostrożni. A przy kontaktach z Trzynastym najważniejsze jest, by zachować czujność i otwarty umysł. Dlatego będę powtarzać wam to do znudzenia, zrozumiano?
— Tak jest — odpowiada Piąty niechętnie.
— Dobrze. Podczas poszukiwań zwracajcie uwagę na wszystko, co może wam się wydawać niecodzienne. Słuchajcie pogłosek mieszkańców, przeglądajcie prasę, ale też, w razie możliwości i umiejętności, Internet. Macie środki, by podawać się za lokalne władze oraz służby i w ten sposób pozyskiwać informacje na temat zgonów, wypadków czy chorych, ale róbcie to tylko w ostateczności, bo istnieją teraz bardzo proste sposoby, by was zdemaskować. Pod żadnym pozorem nie używajcie magii w miejscach publicznych, nawet jeśli wydaje wam się, że nikt was nie widzi: kamery są obecnie dosłownie wszędzie. Zwracajcie uwagę na przepalone linie energetyczne i skoki napięcia. Do tego każdy z was ma co tydzień kontaktować się i zdać raport o postępach, bez żadnych wymówek. Pytania?
— Czy mogę wziąć sobie kilku zaufanych magów do pomocy? — odzywa się dość nieśmiało Dziesiąty. — Wierzę, że w ten sposób będzie mi o wiele łatwiej.
— Zdecydowanie. Odtwórzcie swoje siatki obserwatorów i sprzymierzeńców, ale pamiętajcie, bądźcie ostrożni. Nie brak wśród elementalistów osób niegodnych waszego zaufania, dlatego wybierajcie tylko tych najbardziej lojalnych, co do których jesteście absolutnie pewni, że zachowają swoje i wasze działania w tajemnicy. Coś jeszcze chodzi wam po głowie? — pyta, a gdy nikt się nie odzywa, dodaje: — Wyśmienicie. To wszystko z mojej strony.
— Rozdam wam teraz wasze przydziały — oznajmia Ósmy i kolejno podaje braciom spore pudełka. — Każda paczka zawiera teczkę z ogólnym planem, komplet najróżniejszych dokumentów, które mogą wam się przydać wraz z instrukcjami, jak z nich korzystać, bilety na samolot startujący jutro z lotniska w Reykjaviku do waszego pierwszego celu podróży i wszystkie potrzebne informacje, które zdążyłem zebrać w tak krótkim czasie. W razie potrzeby, macie w notatniku zapisany kontakt do mnie. Wraz z Pierwszym będę koordynować całą akcję stąd.
Otwieram leżącą na samej górze pudełka teczkę na pierwszej stronie i przebiegam wzrokiem po kolejnych imionach z listy, szukając swojego przydziału. Jestem razem z Kurtem? Dzięki bogom.
Jednak czuję, że nasza jedyna para nie mogła pozostać niezauważona przez resztę braci, dlatego unoszę odrobinę wzrok znad kartki i od razu dostrzegam zirytowaną twarz Ghaliba. Patrzy w moją stronę z wyjątkowo nieprzyjemnym grymasem i już zbiera się, by wyrzucić z siebie jakąś obraźliwą uwagę, lecz posyłam w jego stronę spojrzenie, które skutecznie zamyka mu usta, a zaraz po tym wywołuje aprobujący uśmieszek. Gdyby istniał lepszy sposób, by to załatwić, uciekłbym się do niego, ale jak powiedział Pierwszy, Ghaliba interesują jedynie czyny, nie słowa.
Ponownie rzucam okiem na kartkę. Dostaliśmy do przeszukania Włochy!
Łapiąc chwilę uwagi Pierwszego wśród ogólnego zgiełku, ślę mu nieme podziękowanie, na które odpowiada mi ciepłym uśmiechem, tak odmiennym od Ghalibowego jak dzień od nocy.
— No to co? Zbieramy się, braciszkowie! — Dziewiąty z entuzjazmem klaszcze w dłonie.
Jak na komendę, niczym nagle wyrwani z otępienia, wszyscy zaczynają się podnosić z krzeseł. Gdy hałas nieco mija, na zakończenie odzywa się Pierwszy:
— Powodzenia, bracia.
* ~ *
Witajcie z powrotem po dość długiej przerwie. Mam nadzieję, że okres oczekiwania wynagrodzi wam długość rozdziału. 
Ten rozdział jest ostatnim z perspektywy Leo przed zmianą na Lenę. Pewien etap został tu zakończony, pewne decyzje podjęte z większą lub mniejszą świadomością. Nasz dramatyzujący protagonista miał pierwsze od dawna spotkanie z resztą braci i jak widać na załączonym obrazku, nie było tak różowo, jak mogłoby się wydawać, ale i nie doświadczyliśmy tu tragedii. 
Tym razem jestem ciekawa, jak postrzegacie braci. Jako całość, poszczególne postacie i sceny z ich udziałem. Nie zgubiliście się w gąszczu imion i numerków? Przyznam, że wymyślając Leo aż jedenastu współbraci, trochę zaszalałam i nie spodziewałam się, że pisanie o nich w sposób, który pozwoli na łatwe zapamiętanie i identyfikację będzie aż tak trudny. Obawiam się, że nie wyszło mi to w stu procentach tak, jak chciałam, dlatego dla niepewnych lub skonfundowanych w zakładce z bohaterami pojawiła się lista wszystkich imion i pseudonimów braci. 
Cóż, to chyba tyle. Gdybyście czegokolwiek nie zrozumieli lub coś wydało wam się niejasne, krzyczcie, choć oczywiście wiadomo, że jeżeli moja odpowiedź wymagałaby podania spojleru, powstrzymam się od jej udzielenia. 
Życzę wam udanej majówki i pozdrawiam,
Maxine

7 komentarzy:

  1. :*:* Ja, jak wiesz, uwielbiam Kurta i chcę go jak najwięcej :DD nie mogę doczekać się misji

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem. :D Kurcik zdecydowanie cieszy się ze swojej pierwszej fanki. :P Ach, misja. Miejmy nadzieję, że braciszkowie będą mieli co robić, bo inaczej wszyscy pośniemy, jak będziemy z nimi tylko jeździć w samochodzie od wioski do wioski. XD

      Usuń
  2. Ja, przyznaję się bez bicia, trochę mi się mieszają, kto kim jest w tych numeracjach, więc mam nadzieję, że nie masz mi tego za zła. Ale ja już tak mam, niestety^^ Wiem tylko, że Leo to Dwunasty, Kurt Jedenasty... Potem Siódemka to chyba Ghalib, bo zrobił trochę namieszania podczas kolacji. Trochę szkoda, że niektórzy bracia go tak złośliwie potraktowali. I co to w ogóle za sprawdzenie? Leo dopiero co wrócił i widać, że jest nieco zagubiony, więc nie można winić za ten paraliż... że nie postawił się Ghalibowi... Dalej, Ósmy to chyba ten, który tak lubi technologię, a Piąty... gotuje? Mam nadzieje, że coś tam ogarnęłam :P
    A mnie, w odróżnieniu koleżanki powyżej, bardzo spodobał się Pierwszy. Nie wiem, czemu, ale z zachowania przypomina mi Albusa Dumbledore'a :) Kiedy trzeba, głosem potrafi wszystkich uspokoić, a do tego udziela pięknych, mądrych rad :) Pierwszy, Alexander, jak się nie mylę, wzbudził moją sympatię już w poprzednim rozdziale i nadal go uwielbiam :)
    Jestem ciekawa tej wyprawy po Trzynastego. Ciekawe, czy Leo i Kurt po wizycie we Włoszech pojedzie do Polski? Bo, z tego co pamiętam, sytuacja z Prologu miała miejsce w naszym kraju? Mam rację?
    No i czekam cierpliwie na kolejny rozdział. Ciekawe, jak opiszesz nam Lenę :)

    Pozdrawiam serdecznie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, i zapomniałabym...
      W tych dialogach:
      "- Nie zapomniałeś o czymś?"
      "-Ji-Yeong, ty podły lisie!..."
      masz jakieś dziwne znaki na początku... :)

      Usuń
    2. Oczywiście, że nie mam. ;) Podejrzewałam, że może tak być, w końcu dwunastka bohaterów naraz może przytłoczyć, szczególnie, że nie wszyscy mieli "prawidłowe przedstawienie". Planowałam najpierw przedstawić góra pięciu braci, a potem, w kilku rozdziałach resztę, ale no cóż, plan wziął w łeb i pojawili się wszyscy. :D Będę próbować opowiedzieć o nich więcej podczas wyjazdu Leo i Kurta w dialogach, a potem w ich interakcjach z Leo. Wpasowałaś wszystkich dobrze oprócz Piątego - on był jednym z braci, którzy naskoczyli z Siódmym na Leo, a gotuje Dziesiąty. :)
      Cóż, co do kiepskiego traktowania Leo przez Ghaliba i resztę, to mogę powiedzieć tylko tyle, że nie są to najmądrzejsze, a na pewno nie najspokojniejsze jednostki w grupie. :D Ghalib poczuł się zdradzony odejściem Leo, więc postanowił się odegrać. A że Leo nie był na siłach udźwignąć tej sytuacji i uwielbia się o wszystko obwiniać, no to wyszedł z tego wielki dramat. ;P
      Stary, (nie)dobry Dumbel? Hm... nie wiem, czy patrzeć na to jak coś dobrego czy złego, zważywszy, że praktycznie wyhodował Harry'ego do walki z Voldemortem, ale przyjmijmy, że pomijamy ten szczegół. :P Wtedy mogę powiedzieć, że cieszę się, że tak widzisz Pierwszego i go lubisz. :)
      Tak, prolog miał miejsce u nas. Chyba nie muszę nic więcej dodawać? ;)
      Też jestem ciekawa, jak mi to wyjdzie. :P Co prawda, mam już część rozdziału, ale są jeszcze pewne rzeczy, nad którymi muszę pomyśleć. Z tego, co mogę powiedzieć już teraz - Lena na pewno będzie inna niż Leo. :D
      Dziwne znaki naprawione. Widocznie zaplątały się podczas formatowania. Dzięki za informację. :)

      Usuń
    3. A widzisz, jednak coś mi umknęło, heh :)
      Ale ok, teraz sobie przypominam, że to Dziesiąty, a nie Piąty gotuje xD
      No właśnie, miałam jeszcze wspomnieć, że Leo bardzo się wszystkim przejmuje i bierze na barki problemy, których nie powinien (kurczę, jakbym czytała o samej siebie :D ). Tak to jest, jak człowiek żyje w niedoczasie i nie pamięta już co napisać, skoro rozdział przeczytała parę dni wcześniej :)
      Oczywiście, że patrz na to z dobrej strony, jeśli chodzi o porównanie Pierwszego z Dumbledorem. Ta rozmowa Leo z Pierwszym po prostu nasunęła mi tę myśl... stary Albus zawsze potrafił wymyślić mądrą sentencję i Pierwszy również :)
      O tak, już nie musisz nic dodawać^^
      Więc raz jeszcze niecierpliwie czekam na kolejny rozdział :)

      P.S. Czy w najbliższym czasie, jakoś tak za tydzień lub dwa, mogłabym wysłać Ci na e-maila pierwszą część rozdziału, który napisałam na Śladach Tajemnic"?

      Usuń
    4. Tak bywa. Nie ma się co przejmować. ;)
      Z jednej strony miło słyszeć, że identyfikujesz się z bohaterem, ale z drugiej, patrząc akurat na tę jego cechę, już nie tak bardzo. Dbaj o siebie, Dusiu. :)
      W takim razie cieszę się z takiego skojarzenia. :) Z tymi mądrymi sentencjami to zawsze jest strach, żeby nie wyszedł Coelho. :D
      Postaram się dodać go wcześniej niż ten, ale nic nie obiecuję. :P

      Zdecydowanie możesz. :)

      Usuń

Czytasz - proszę, skomentuj. Dla ciebie to niewiele, ale dla mnie każdy komentarz jest na wagę złota. Zawsze z chęcią odpowiem na pytania i sugestie.